Średnia: 5 (2 votes)

  

rejs towarowy
Tomasz J. Kownacki

   Dni się wlokły jak stare woły. Dni, dobrze się mówi, ale co to jest dzień? Najbliższe słońce, wielkości małej mandarynki robiło tyleż dnia co nocy, bez jakichkolwiek, poprzez bezwolny dryf, cyklicznych okresów. Równie dobrze można powiedzieć: noce wlokły się jak... Nic to nie zmienia. W ogóle nic się nie zmienia.


   Po trzech miesiącach nic się nie zmieniło. Regularny rejs towarowy, jakich odbył już dziesiątki, stał się z niewiadomych przyczyn przygodą cokolwiek nietypową, choć teoretycznie przewidywalną. Pomimo pracy wielu ekip ludzi wspartych maszynami nie udało się wyeliminować czynników mogących przyczynić się do uszkodzenia którejkolwiek z części odpowiedzialnej za bezpieczny lot. Prawdopodobnie nigdy to się nie uda, można jedynie zmniejszać ryzyko wystąpienia usterek. Sytuację teraz mógłby zmienić, ewentualnie jakiś śmieć, wędrujący dryfem tak jak on, który by wszedł w kolizję z jego statkiem. Nie, nie ma szans, jest tak daleko od jakichkolwiek pól grawitacyjnych, że okazja trafienia w cokolwiek byłaby możliwa dopiero w trzecim, czwartym życiu. A tylu nie ma. Ma jedno, a i to nie wiadomo czy ma. Spędzenie reszty życia na powolnym dryfowaniu nijak mu pasowało do definicji życia.


   Dopiero, czy już trzy miesiące? Pytanie powracało od trzech, może pięciu dni. Dopiero, bo cóż to jest kilka miesięcy ziemskich. Aż, bo ileż można stracić życia i tak przecież krótkiego?


   Wyczerpał już pomysły na wyjście z sytuacji. Początkowo bez paniki sprawdził systemy bezpośrednio zawiadujące komponentami jego przetrwania - tu wszystko grało. Troszkę uspokojony zaczął szukać przyczyny braku napędu.


   Ciągły komunikat: STATEK ZADOKOWANY, nie dawał mu spokoju. Komputer przerwał lot i ustawił wszystkie systemy tak jak po zadokowaniu w porcie, po skończonej podróży. Dlaczego? Nic nie przychodziło mu do głowy. Komputer też nic nie wykrywał. Niby wszystko jest jak należy, a już trzeci miesiąc nic nie może zrobić. Użył wszystkich znanych mu sposobów i zawsze ten sam wynik - wszystko w 100% sprawne, ale nie można wydostać statku ze stanu spoczynku. Rozesłał wszelakie możliwe komunikaty we wszystkich częstotliwościach i ze wszystkich dostępnych nadajników, ale odległość od najbliższych odbiorników dawała szansę na ratunek po jakichś piętnastu ziemskich latach. Pod warunkiem, że ktoś uzna za opłacalne zajmowanie się starą łajbą. Raczej nie liczył na dobre serce, co innego jakby było wiadome, że przewozi coś cennego. A to nie jest wiadome. Po raz kolejny ładunek alkoholu i żywności konserwowej. Wartość średnia.


   ***


   Po upływie czterech miesięcy zaczął się irytować i łapał się na niekontrolowanych napadach silnego niepokoju. Coraz częściej powracała myśl, że skończy żywot jako wariat dryfujący po bezludnych przestrzeniach. Od paru dni przychodziła jeszcze jedna myśl - lepiej może samemu przerwać powolną agonię. Odganiał tę myśl od siebie, przecież to żadne wyjście.


   ***


   Po sześciu miesiącach już nie odganiał myśli od siebie, pozwalał im być i tylko apatycznie przyglądał się im. Od jakiegoś tygodnia rozpoczął całkiem pokaźny ładunek alkoholu. W końcu i tak nie miał szans na dostarczenie towaru, więc dlaczego by nie. Siadywał przed głównym ekranem na mostku kapitańskim z butelką gatunkowej wódki i oglądał gwiazdy aż zaczynały wirować.


   ***


   Pił coraz częściej i coraz więcej. Co jakiś czas przychodził czas opamiętania. Powracał do prowadzenia dziennika, sprzątał i doprowadzał statek do porządku. Przeglądał systemy w poszukiwaniu usterki i ciągle z uczuciem bezsilności zarzucał analizy beznadziejnej sytuacji.


   ***


   Pił już bez umiaru. Przestał liczyć czas. Przestał utrzymywać porządek. Żył bez jakiegokolwiek rytmu. Miał wszystko zapewnione do końca swego marnego życia, o nic nie musiał dbać. Przestał nawet się ubierać. Raj, psiakrew. Nie golił się, nie mył, tylko pił do nieprzytomności. Czas zlewał się... nawet jeśli sprawdzał datę, to i tak nie pamiętał... W ogóle już niewiele pamiętał…


   ***


   Obudził się w ładowni, zagrzebany w foli z opakowań. Musiał długo spać, bo nie czuł się pijany. Miał tylko strasznego kaca. Niesamowite pragnienie przypomniało mu o napojach w messie. Zaczął się wygrzebywać z legowiska i wielki kamień w jego głowie zaczął się przetaczać. Ból stał się nie do zniesienia, więc zamarł na czworakach i starał się opanować oszalałe tętno. Gdy wydawało się, że może ruszyć dalej, powoli zaczął wstawać. Już prawie stanął na nogi gdy nagły zawrót głowy rzucił go z powrotem na podłogę. To nagłe poruszenie spowodowało nudności i na granicy utraty świadomości zwymiotował. Resztką sił odczołgał się od własnych plwocin, ale odór rzygowin zmieszanych z żółcią znów spowodował wymioty. Stracił przytomność...


   Obudził się z uczuciem obrzydzenia. Niesamowite pragnienie zmusiło go do wstania. Po dwóch niepewnych krokach pośliznął się i z niezrozumiałym bełkotem przekleństwa wylądował głową we własnych rzygowinach. Znowu zwymiotował. Przewrócił się na plecy i ciężko dysząc chaotycznie myślał, że tak nie można, musi wziąć się w garść. Zaczął z uporem, żmudnie przemieszczać się w kierunku messy. W końcu, przytrzymując się ściany, wstał na nogi i chwiejnym krokiem, jedną ręka ciągnąc po ścianie dotarł do jadalni.


   Ciężko dysząc kończył trzecią, albo czwartą szklankę soku, myśląc panicznie wręcz - jak mógł doprowadzić się do takiego stanu. Tak nie można - powtarzał - tak nie można. To już lepiej się zabić.


   Po co mi to? Na pewno przyjdzie pomoc, poza tym mogę normalnie żyć, zapasów mam do końca życia. W ogóle mam nieźle, o co chodzi? Sam jestem, ok, i co z tego? Mam wszystko, poza towarzystwem. A czy gość w normalnym świecie, nie zamknięty w żelaznej puszce tak jak ja, to ma więcej? Można mieć wrażenie, że często ma mniej. On ma tu wszystko co dusza konsumpcyjna może zapragnąć, w końcu pilotował statek z zaopatrzeniem dla zamożniejszych. Fakt, nie ma usług, na przykład telewizji. Z drugiej strony, cóż to daje temu normalnemu, osiadłemu mieszczuchowi? Atakuje go z każdej strony nadmiar informacji, sam często nie wie, czy świadomie chce to co dostaje od życia. Telewizja, internet, radio, podkasty, reklamy stacjonarne, mobilne, ebooki, nachalni sprzedawcy, marketingowcy i wszędobylscy, najmądrzejsi na świecie sąsiedzi, koledzy, przyjaciele i ci wszyscy pośrednicy, którzy za pieniądze czy dla połechtania własnego ego przekażą wszystko.


   Może brakować towarzystwa innych ludzi, to prawda, ale tak naprawdę to poprzez swój zawód, w zasadzie większość czasu spędzał sam. Kontakty towarzyskie kończyły się na wspólnej popijawie z mniej lub bardziej znanymi pracownikami portowymi. Niektórych widział po raz pierwszy i ostatni. Można by dyskutować o sensie życia, o braku celu, ale czy obserwując życie małp w dżungli myślimy o sensie i celu ich życia? Nie. Podsumowujemy - walka tego samca o lepszą pozycję w hierarchii społecznej szympansów nie powiodła się, gdyż wykazał się mniej roztropny w postrzeganiu niuansów zachowań innych osobników jego stada. Więc dlaczego akurat człowiekowi przypisuje się osobliwe zdarzenie, nazwane fatum. Może nie wykazał się osobnik spostrzegawczością i nie wykazuje się nią przez całe życie. Dlaczego zaraz mówimy - taki los, co robić? Nie dane mu, nie pisane, Bóg go doświadcza. Żyje on tymczasem zwyczajnie, tak jak umie, tak jak doświadczenie wrodzone i nabyte mu podpowiada. Dlaczego przykładamy do, mniej lub bardziej, marnego życia rękę Boską. Zakładając, że Bóg istnieje i jest ze wszech miar miłosierny bądźmy konsekwentni i nie sądźmy, że miłosiernie dając nam wolność wyboru, jednocześnie ogranicza tę wolność wyznaczając drogę, którą to będziemy zmierzać do jakowegoś celu, jemu tylko znanemu i przez niego ustalonemu. Dogmaty, dogmaty...


   Nawet nie zauważył jak przysnął z głową odrzuconą na zagłówek fotela na mostku, do którego przeszedł w czasie rozmyślań.


   Śniły mu się lasy z dzieciństwa. Wielkie, wiekowe, szumiące sosny. Pod nimi zagajniki jałowca i morze paproci. Szedł przez tę puszczę bez celu. Bardzo długi spacer bez początku i końca. Zatrzymywał się co jakiś czas i patrzał w górę, na wierzchołki drzew rozczesujące z rzadka porośnięte chmurami niebo. Patrzał tak, aż jasność błękitu wyciskała łzy z szeroko otwartych oczu, a ruch kołyszących się na wietrze drzew i wędrówka chmur nad nimi przywoływały zawroty głowy. Po paru takich przystankach dotarł do luźno porośniętej brzozami polany. Znów spojrzał w niebo. Rzadkie chmury tu jakby szybciej przepływały i błękit nieba wydawał się bardziej wyraźny. Szum małych, jasnozielonych listków potęgował doznanie chwili. Stał zachwycony z głową zadartą aż do bólu karku, ale nie opuszczał jej nie chcąc stracić ani odrobiny tego wspaniałego w swej prostocie widoku. Stał tak jakby był częścią tego brzozowego zagajnika. Pomyślał przez chwilę, że nigdy się stąd nie ruszy. Oto zapuszcza korzenie i pokrywa się białawą korą w małe czarne kreseczki. Wyciągnął szeroko rozstawione ręce w kierunku nieba, rozciapierzył palce i otworzył usta do okrzyku w zachwycie, i zachwiany nagłym zawrotem głowy runął w dół, na ziemię. Jeszcze chwila i padnie na miękkie mchy i znów będzie, leżąc na plecach patrzeć w niebo, jeszcze troszkę obróci ciało i już spotka przecudnie pachnącą ziemię. W tym momencie dostrzegł kanciaty, ucięty ręką człowieka pień drzewa, nieuchronnie zmierzający na spotkanie jego głowy...


   Wyrwany ze snu nagłym upadkiem z fotela nie mógł dojść do siebie. Leżał na plecach nad sobą mając pulpit mostka kapitańskiego w kształcie rozbudowanego biurka. Wyraźnie czując jakiś uraz głowy delikatnie poruszył nią i czując pulsujący ból powyżej skroni, dziwnie mrowiącymi dłońmi zaczął obmacywać czaszkę. W pół drogi między prawą skronią a ciemieniem wyczuł dużego, pulsującego gorącem i mocno wilgotnego guza. Lekko zdziwiony przesunął palce prawej ręki przed oczy - były, jak i cała ręka czerwone od krwi. Patrzał na dłoń dłuższą chwilę nic nie rozumiejąc. Po jakimś, bezsensownie długim czasie zaczęło do niego docierać, że śpiąc w fotelu, zsunął się z niego i uderzył w obudowy pod pulpitem stołu kapitańskiego.


    Delikatnie poruszając głową, nie wiedząc na ile groźny jest uraz, rozglądał się co może zrobić dla poprawy sytuacji. Przy prawym uchu leżała plastykowa obudowa wcześniej okrywająca skomplikowaną mieszaninę kabli i płyt pokrytych czarnymi i niebieskimi kostkami. Tuż za głową zauważył tan sam widok kabli i płyt, więc domniemywał drugą pokrywę, leżącą gdzieś za nim. Przez blat nad tą drugą częścią prześwitywało światło, pewnie przez szczeliny przy przyciskach na pulpicie. Te sączące się światło kojarzyło mu się z, tak nagle przerwanym snem - wyglądało jak promienie słońca prześwitujące poprzez liście. Na tyle go to zaintrygowało, że przez minutę, może dwie patrzał jak w śnie na te światło.


   Gdy już postanowił się podnieść i opatrzyć swoje rany jego wzrok przykuło dziwnie jaskrawe, kontrastujące odbicie. Przedzierający się przez szczelinę, przy którymś tam przycisku, promień światła uwidaczniał jaskrawym odbiciem jakąś część skomplikowanej arterii kabli pod blatem pulpitu. Zaintrygowany innością tego tła, zaczął się przyglądać mimowolnie, co mogło tak mogło przykuć jego uwagę. Po chwili zauważył zupełnie nie pasujący do reszty plątaniny kabli kształt. Przez moment pomyślał o konsekwencjach grzebania w strukturach statku na których się nie znał, ale w końcu, co miał do stracenia. Sięgnął, czerwoną od własnej krwi ręką w tym kierunku i złapał za błyszczący, podłużny przedmiot. Spróbował nim poruszyć ale , czy to użył za mało siły, czy też ręka była zbyt śliska od krwi, nie udało mu się. Poczuł tylko mrowienie w palcach i zauważył jakby iskrzenie pod nimi. Poirytowany sięgnął jeszcze raz i zdecydowanym, silnym ruchem wyszarpnął przedmiot zaplątany w kable.


   Opatrzywszy ranę dłuższą chwilę przyglądał się końcówce ułamanego pilnika do paznokci. Ból głowy nie pozwalał mu się skupić więc połknął tabletkę uśmierzającą i położył się spać.


   Przez następne 4 dni doprowadzał się i statek do porządku. Na koniec zajął się uzupełnianiem dziennika pokładowego i przeglądem systemów. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i wpisał parę lakonicznych zdań o tym, że naruszył ładunek whisky i kawioru, miał wypadek, skaleczył głowę, itp. Prawdę powiedziawszy sam nie wiedział po co to robi. Jakieś bliżej nieokreślone poczucie obowiązku? Może. Niech i tak będzie.


   Rozejrzał się. Co jeszcze?


   - Ofiser. Brrahportkhm ob posycji khi – wykrztusił.

    - Komenda niezrozumiała – skonfundował się, o ile w ogóle mógł, komputer.


   Przepłukał gardło i poprawił:


    - Oficer – dlaczego go tak nazwał? - Raport o pozycji.

   - Mapa Gellana, zakres Velorum, 1,19 pc w linii Regor do Alsephiny, w dryfie bezgrawitacyjnym z szybkością 1658 węzłów, w odchyleniu 5,34 stopnia względem kursu zadanego, oddalenie 0,026 pc, optymalny czas powrotu na kurs 6 dni, 7 godzin, 54 minuty. Podać więcej szczegółów i wizualizacje?

   - Nie. Dołącz pozycję do ostatniego wpisu w dzienniku.

   - Wykonano.

    - Oficer. Koniec.


   Jeszcze raz – po co to robi? A cholera z tym! Zrezygnowany poczłapał na posiłek. W drzwiach do messy gwałtownie zawrócił i ruszył biegiem z powrotem na mostek.


    - Oficer.

    - Tak?

    - Podaj ostatni raport o pozycji.

   - Mapa Gellana, zakres Velorum, 1,19 pc w linii Regor do Alsephiny, w dryfie bezgrawitacyjnym z szybkością 1658 węzł...

    - Stop! Podaj przedostatni raport o pozycji.- wstrzymał oddech.

   - Mapa Gellana, zakres Velorum, 1,186 pc w linii Regor do Alsephiny, zadokowany w nieoznakowanym porcie, poza szlakami kompanii. Podać więcej szczegółów i wizualizacje?


   Poczuł jak cierpnie mu skóra i włosy się jeżą. Przez ciało przeszły zimne ciarki.


    - Podać więcej szczegółów i wizualizacje?

   - Nie. - Usiadł i przejechał dłońmi po twarzy. - Odcumuj.

   - Komenda niewykonalna. Statek jest odcumowany.

   - Raport czynności. Kto odcumował.

   - Rejs Proxima Centauri, Proxima Cenatauri B do Gamma Velorum, Alkor, Karapyle. 417 dzień, 18 godzina, 47 minuta. Cumowanie anulowane z niewyjaśnionych przyczyn, przejście w stan spoczynku. Od tego czasu dryf bezgrawitacyjny.

    - Dzisiejsza data?

   - Rejs Proxima Centauri, Proxima Cenatauri B do Gamma Velorum, Alkor, Karapyle. 421 dzień, 9 godzina, 13 minuta.

   - Oficer. Raport. Możliwość kontynuowania rejsu? - wyrzucił z siebie powoli masując skronie.

   - Dryf bezgrawitacyjny z szybkością 1658 węzłów, w odchyleniu 5,34 stopnia względem kursu zadanego, oddalenie 0,02601 pc, optymalny czas powrotu na kurs 6 dni, 7 godzin, 57 minut. Czas osiągnięcia portu docelowego 2 miesiące, 3 dni, 23 godziny, 17 minut. Wniosek: Kontynuacja rejsu jest możliwa. Rekomendacja: wznowić i kontynuować rejs.


   Ciężko oddychając wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Szybko zamrugał ale mroczki nie zniknęły sprzed oczu. Przełknął wielką kluchę w gardle i wolno, wyraźnie, jakby bojąc się pomyłki, powiedział:


   - Oficer. Zadanie. Wznowić i kontynuować rejs.

   - Wykonuję. Czy dołączyć raport z czynności do dziennika?

    - Tak.


   Ciężko opadł na fotel. Nie wierzył. Tyle miesięcy. Tyle miesięcy bez nadziei. I tak po prostu – wykonuję. WYKONUJĘ!?


   To jakiś koszmar, chory majak. To się nie może dziać.


   Nie ważne! Nie oddychać, nie ruszać się! Nie przeszkadzać!


   Wykonuje?


   To niech W Y K O N U J E !


   ***


   Przez następne dni, właściwie aż do powrotu statku na kurs, działał jak w uniesieniu. Zbierał każdy najdrobniejszy śmieć, segregował je skrupulatnie długo rozważając czy się jeszcze przyda. Zmywał każdą nadającą się do tego powierzchnię , wręcz szorował jak pradawny majtek drewniany pokład.


   Później prawie dwa miesiące przeprowadzał dokładny remanent zarówno towaru przewożonego na zlecenie, jak produktów i sprzętów pokładowych. Trochę go przeraziły uszczerbki w powierzonym mu alkoholu i pożywieniu ale szybko przestał się tym stresować. Ważne, że wraca do ludzi, do życia. Koszty pokryje, ma z czego, a jak zabraknie są banki, pożyczy. Nieważne. Co mógł to naprawił, co nie, to spisał do napraw portowych.


   Dobrze, że miał te zajęcia, bo by chyba oszalał. Nawet w natłoku zajęć zaczął sobie przyrzekać, że nigdy więcej nigdzie nie poleci. Sprzeda statek i się osiedli. Strach pomyśleć co by wymyślił gdyby nic nie robił i miał za dużo czasu na myślenie.


   Na ostatnie dni zaplanował porządki na mostku. Uzupełnił dziennik. Może nawet zbyt szczegółowo ale co tam. Przetarł pulpit, monitory, wyświetlacze rzutników. Pogłośnił muzykę i usatysfakcjonowany zasiadł w fotelu. Rozejrzał się. Jeszcze szuflady przy kokpicie. OK, ma czas. Otworzył i powoli przejrzał jedną po drugiej. W zasadzie nie było czego sprzątać. Papierek po cukierku, stary ołówek (swoją drogą na co komu ołówek?), nigdy nie używane kalkulatory, przeliczniki map, generatory czegoś tam, nawet nie pamiętał czego, suwak do liczenia czegoś i kawałek, bodaj, pilniczka do paznokci. W zasadzie nikomu niepotrzebne rzeczy. Nikt już tego nie używa ale jest na stanie, to musi zostać. Papierek, ołówek do odpowiedniego pojemnika na śmieci.


   Jeszcze przez chwilę się zastanawiał co począć z pilniczkiem. W końcu wrzucił go do zapasów materiałowych warsztatu pokładowego.


   Ściszył muzykę. Ok, jest gotowy. Pojutrze w porcie.