Średnia: 5 (1 vote)

  

gdzieś tam
Grafika - pl.freepik.com


   Czekając na kawę rozmyślał o Karapylach, Don Agawie i 60 tonach znikającej droiny. Karapyle, a właściwie układ trzech planet Alkoru, małego systemu wchodzącego w skład archipelagu, nie były zbyt dobrym miejscem postoju. Pierwszy glob zbyt bliski słońca, nieduży, prawie bez atmosfery nie nadawał się nawet na bazę przemytniczą. Ktoś kiedyś zbudował na nim parę magazynów, ale po dziesięciu latach nic po nich nie zostało. Skoki temperatur w okolicach 400 stopni i szalejące burze piaskowe skutecznie rozwiały marzenia o bazie przeładunkowej w tym rejonie. Erozja w tych warunkach jest nad wyraz skuteczna.
   Poprawił się na koji i ból w pachwinie na dłuższą chwilę przerwał dość senne rozważania. Automat dostarczył kawę, której aromat zmusił go do sięgnięcia po papierosy. Zawsze przy kawie nie mógł się oprzeć nałogowi. Spowity niebieskawym dymem i lekko siorbiąc powrócił do powolnych rozmyślań.
   Ból w okolicach lędźwi trochę sadystycznie przypomniał mu niebieskooką blondynę znajdującą się jeszcze nie tak dawno w jego łóżku. Swoją drogą - pomyślał - czy ona brała w tym udział, czy była tylko mimowolnym narzędziem? Musi się tego dowiedzieć. Jak tylko dojdzie do siebie odwiedzi ją jeszcze raz i tym razem to on będzie zabawiał.
   Poznał ją - zaraz jak jej było na imię? Fiona? Nie. Dona. Tak - Dona, poznał ją na drugiej z kolei planecie Alkoru, tej zamieszkanej. Co prawda trudno te szumowiny i całą chmarę policji próbującej zaprowadzić tam porządek nazwać mieszkańcami, ale cóż pasożyty też mają prawo do życia. Podobno. Gdzieś o tym słyszał, czy też czytał, nieważne zresztą. W każdym razie prawo do tak zwanego życia rościły sobie wszelakiej maści bandy, począwszy od drobnych złodziejaszków, poprzez oszustów, alfonsów, handlarzy narkotykami i bronią, po gangsterów z górnej półki. Wszyscy, oczywiście, odwiecznie poszukiwani przeróżnymi listami gończymi, przez wszystkie znane i nieznane światy. Jeśli już jakiś naprawdę poważny powód cię zmusił do zakotwiczenia w tym porcie, to przepadłeś bracie. Chyba, że wszyscy wiedzą, iż jesteś gościem takiego typa jak Don Agawa, a i to niekoniecznie da ci ochronę. Krótko mówiąc - nikt o zdrowych zmysłach się tam nie wybiera. A jednak.
   "Jesteś chory - pomyślał - i to na umyśle. Uwierzyłeś w dobre interesy z Donem, no to masz czego chciałeś, a teraz szukaj wiatru w polu. Ani droiny, ani szmalu. A termin dostawy upływa za jedenaście dni. I jak nie odnajdziesz towaru, to bracie po tobie".
   Przypalił drugiego papierosa, siorbnął łyk kawy i próbował ułożyć jakiś plan działania na najbliższe dni. Nic nie przychodziło mu do głowy, jedynie Dona wciąż uporczywie powracała. Musi ją koniecznie odnaleźć. Choć nie spodziewał się za wiele, ona była jedynym punktem zaczepienia. Przynajmniej narazie.
   Przesiedział jeszcze tak bezowocnie myśląc jakieś pięć minut i nie mogąc nic więcej w swej bolącej głowie wymyślić, powoli zapadł w niespokojną drzemkę.


   Nie mogąc znieść tuzina długonogich, niebieskookich blondyn przeplecionych tabunem łysych wielkoludów wyłamujących drzwi i potrafiących tylko kopać jego krocze i walić ciężkimi pałami w jego głowę, obudził się zlany potem. Z walącym sercem, ciężko dysząc siedział na łóżku wodząc otępiałym wzrokiem za lufą pistoletu, który kierował we wszystkie kąty kajuty. Minęło parę chwil zanim zorientował się gdzie jest i opuścił broń.
   - Nieźle mi dosunęli - mruknął macając guzy na głowie - tyle dobrego, że cała.
   Zsunął się z koji i powlókł się do łazienki.
   Gwiżdżąc coś tam ( nigdy się nie dowiedział co), jakiegoś Beethovena ( podobno jakiś kompozytor, ale nie dałby za to głowy), wziął prysznic, ogolił się i zadowolony z siebie ( nie wiedzieć czemu), z papierosem w ustach i świeżą kawą zasiadł w fotelu celem zaplanowania sposobu odzyskania towaru.
   Po jakichś dziesięciu minutach bezmyślnego gapienia się w ścianę wstał, zmienił szlafrok na coś bardziej wyjściowego i udał się do tak zwanego miasta. Nie za bardzo wiedząc co ma robić udał się tą samą drogą co ostatnio.
   Najpierw wzdłuż szeregu małych doków towarowych, do których był zacumowana i jego landara, do ciągu łączącego te szeregi i dalej, ruchomym chodnikiem, do głównego mola, które jednocześnie było początkiem miasta.
   Miasta- tak mawiali tubylcy i tak zostało, a jego ojciec mawiał - "Strzeż się tych miejsc, Mateuszu"- i od razu oglądał się za plecy. Tak..., aż ciarki mu przeszły. Jak był mały tak właśnie wyobrażał sobie skraj straszliwego boru, zasłyszanego z bajek babki, mawiającej, iż tylko wielki rycerz Santiago potrafił go przejść, a już na pewno nie chodzi się tam na grzyby. Pierwsze budynki stanowiły jak gdyby granicę między światłem a ciemnością. Im bardziej chcesz coś zobaczyć w głębi pierwszej uliczki tym bardziej się wydaje ci ona ciemniejsza. I te nieodparte wrażenie, że jesteś śledzony przez wiele oczu. Miał dość duże doświadczenie, tak mu się przynajmniej wydawało, w dawaniu sobie rady w przeróżnych dziwnych miejscach, ale tu dostawał gęsiej skórki na sam widok Miasta i ciągle miał wrażenie, że już na wstępie coś ważnego przeoczył. Trochę to przypominało nurkowanie w nieznanych ciemnych wodach i choć nie bardzo mu się chciało, zanurzył się w pierwszą, napierającą na niego, ciemną falę dzielnicy portowej.


   Ogarnęła go szarość murów i mimowolnie zaczął uważniej przyglądać się ciemniejszym zaułkom. Znowu odezwał się w mim dzwonek alarmowy - coś przeoczył, czegoś zapomniał. Rozejrzał się czujniej, nozdrza pochwyciły lekki, wilgotny i o cokolwiek dziwnym zapachu powiew. Nieświeży oddech miasta, pomyślał. Dziwnie skojarzyło mu się to z wejściem do negrofrańskiej dżungli, o tyle różnej od innych lasów, że tam żyło i polowało wszystko, dosłownie. Nie można było być do końca pewnym czy kamień, na którym przysiadłeś dla odpoczynku, nie rozpuszcza cię po cichutku. Bo jak się okazuje to jednak nie kamień, ale wielki, nieruchliwy Gamblin, który pod wpływem dotyku wydziela lepką, żrącą substancję i zanim się zorientujesz już jesteś ze smakiem absorbowany przez grubą i twardą skórę cichego myśliwego.
   Odrzucił dziwne myśli gwałtownym ruchem głowy, złapał taksówkę i kazał się wieźć do "Cha-Cha". Była to duża restauracja, z dobrą renomą i jeszcze lepszą kuchnią. Usytuowanie na styku dzielnicy portowej, centrum oraz miasteczka tych, którym udaje się dostatnio żyć dawało więcej bogatszych klientów, a to, że właścicielem lokalu jest brat Dona, dawało właściwą ochronę. Nikt nie chciał być wrogiem Agawy.
   Po czyściejszych ulicach i lepszych pojazdach domyślił się, że już jest niedaleko, więc zaczął zastanawiać się co zrobi jak już znajdzie czarującą Donę. Jak ją podejść, a może od razu przycisnąć? Postanowił zostawić to na później, najpierw musi ją znaleźć. Z tym raczej nie powinien mieć problemu, z tego co wiedział Dona była jedną z tancerek w "Cha-Cha". Wykonywano tam jeden z najlepszych numerów jakie widział w życiu, nazywano to tańcem brzucha i setki mężczyzn wlepiało pożądliwy wzrok we wspaniałe ciało tancerki. Dona tańczyła w grupie z trzema innymi dziewczynami, przed główną atrakcją wieczoru. Też była zachwycająca, ale jednak to nie to.
   Taksówka podjechała pod restaurację i szofer niesympatycznym kasłaniem dawał znać, że czas uiścić rachunek. Zerknął w okienko taksometru, jak zwykle nie obyło się bez drobnego szachrajstwa. Ujmą na honorze byłoby gdyby taksówkarz miał uczciwy licznik. Nikt tu zresztą już nie zwracał na to uwagi, doliczanie było niejako wpisane w niezbyt pociągający pejzaż Miasta. Wyjrzał przez okno, rozejrzał się z niesmakiem, westchnął i sięgnął po portfel. Zapłacił, wysiadł i chowając portfel zorientował się co przeoczył. Sięgnął jeszcze raz pod połę marynarki. Nie zabrał ze sobą żadnej broni. W tym mieście mógł to być śmiertelny przypadek sklerozy, szczególnie, iż od początku miał wrażenie, że jest śledzony. Przez chwilę zawahał się czy nie wracać, ale z drugiej strony Don oczekiwał zwrotu towaru, a nikt nie chciałby, zabijając, przejąć takiego długu.
   Przystanął w pół kroku. No, właśnie, dlaczego jeszcze żyje? Cała fura droiny znika, a on, pierwszy, który będzie robił wszystko aby ją odzyskać, pozostawiony przy życiu. Owszem poturbowany, ale w zasadzie cały. Nieraz w młodzieńczych latach w gorszym stanie wracał z dyskoteki. To się już w ogóle kupy nie trzyma. I na pewno potrzebuje wyjaśnienia.


   Mimo tych zaskakujących myśli zauważył kątem oka szary pojazd, który towarzyszył mu od wyjazdu z portu. Zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy i wysiadał z niego mężczyzna w szarym garniturze. Nosił ciemne okulary i udawał, że się nie wyróżnia. Ani chybił - federalny. No, to ekstra, jeszcze mu glin brakowało na karku. Jak będą się za nim ciągać to jego szanse spadają do zera.
   A niech to szlag!
   Odwrócił się wściekły i z rozmachem pchnął drzwi restauracji. System ściągaczy i siłowników automatycznie otwierających drzwi nie pozwolił im z hukiem walnąć w ścianę. Nie zabrzęczały szyby, nie spojrzał wściekłym okiem portier. To jeszcze bardziej rozsierdziło Mateusza.
   Co za czasy, nawet nie można drzwiami walnąć! To się w głowie nie mieści.
   Było na tyle wcześnie, że nawet portiera nie było przy wejściu, więc tylko rozejrzał się wściekłym wzrokiem po kątach jakby był wiecznie niezadowolonym kontrolerem sprzątaczy i ruszył do baru.
   Musi się uspokoić, bo z takim podejściem nic nie zdziała. W takim stanie nie da się rozsądnie rozumować. Wziął parę głębokich oddechów i wdrapał się na stołek.
   Za szynkwasem raczej leniwie krzątał się tęgawy, średniego wzrostu barman. Machając chaotycznie ścierką udawał, że coś tam przeciera, ale jego bezmyślny wzrok mówił, że jest myślami gdzie indziej. Gdyby nie ubiór wyglądałby raczej na pomocnika z farmy, niż na wykwalifikowanego pracownika restauracji, którym niewątpliwie musiał być, żeby się utrzymać w tej branży.
   Mateusz rozejrzał się po sali. Naprawdę jeszcze było za wcześnie na ten interes, na połowie stolików były jeszcze pozakładane krzesła, nie widać żadnego kelnera, światła przygaszone. Nie licząc drzemiącego nad szklaneczką, przy stoliku w kącie, starszego jegomościa, było pusto. Spojrzał ponownie na barmana, który nadal bezsensownie machał ścierką w powietrzu. Ciekawe jak długo tak można. Ten jakby w odpowiedzi zakończył machanie, złapał szklaneczkę, wprawnymi ruchami przetarł szkło i z profesjonalnym uśmiechem postawił przed jego zdziwioną twarzą.
   - Whisky? - raczej stwierdził niż spytał.
   - Poproszę - bąknął zaskoczony Mateusz - I popielniczkę.
   - Służę uprzejmie.
   Zadziwiające jak w mgnieniu oka z cokolwiek przygłupiego parobka można zmienić się we wzbudzającego zaufanie barmana. Teraz jego ruchy nie były bezsensowne. Niewiadomo skąd pod szklaneczką pojawiła się korkowa podkładka, obok, z lekkim, wyliczonym poślizgiem podjechała ciężka popielniczka, a w jego ręku pojawiła się butelka. Podrzucona, na chwilę zawisła w powietrzu jakby czekała na ostateczną decyzję, poczym, obróciwszy się szyjką ku dołowi, zaczęła pikować w dół. Gdy już mrużył oczy oczekując pryskających odłamków szkła, pewnie zatrzymała się w ręku mistrza i przelała trochę ciemno-bursztynowej zawartości do wnętrza szklanki. Wtedy pojawiła się druga ręka, wykonała bliżej nieokreślony, kolisty ruch i butelka stanęła, z lekkim przytupem, jak wyszkolony żołnierz, na blacie baru.
   - Mam nadzieję, że pana nie wystraszyłem - z uśmiechem wyrażającym szczere zainteresowanie zapytał barman.
   - Nie, nie, skądże. To było niesamowite. Zaskakujące.
   - Dziękuję - zakręcił się i na chwilę zniknął na zapleczu.
   Mateusz wyciągnął papierosy, wyciągnął jednego i już barman był przy nim z zapalniczką.
   - Dzięki.
   - Nie ma sprawy, przynajmniej mam jakieś zajęcie. O tej porze można umrzeć z nudów. Wieczorem to co innego, trzeba zasuwać jak maszynka. Aha, wieczorem to jest? Musi pan koniecznie zostać do wieczora. Kleo jest niesamowita.
   - A właśnie, kiedy przychodzą tancerki? - nawet ucieszony z rozmowności barmana próbował już teraz coś niecoś się dowiedzieć.
   - Za jakieś trzy godziny. O, dzisiaj wcześnie ruch się zaczyna - barman spojrzał nad jego ramieniem.
   W kierunku baru zbliżał się szary jegomość w ciemnych okularach. No, jeszcze jego tu brakowało. ?Ciekawe czy od razu się za mnie weźmie, czy najpierw mnie pozmiękcza swoim widokiem?- pomyślał. Jednak sztywny, szary garnitur przesunął się obok jakby nie zauważając go i usiadł przy barze cztery stołki dalej. ?Więc jednak pozmiękcza. Dobra. Niech będzie.?
   Facet w ciemnych okularach wyciągnął portfel i machnął nim w bliżej nieokreślonym kierunku.
   - Porucznik Oswald, Federalne Biuro ¦ledcze - rzucił przed siebie.


   - To znaczy sok, czy soda z lodem? - uśmiechnął się rozbrajająco barman.
   - To znaczy piwo i to ja zadaję pytania.
   - Jasne Panie Generale!
   - Poruczniku, wystarczy poruczniku.
   - Tak jest? Generale.
   Ten ciężko westchnął, wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki zdjęcie i popchnął po blacie w kierunku barmana.
   - Ok?ona pracuje u was - raczej stwierdził niż spytał - Dona, znasz ją.
   ?Aha, jest i to szybciej niż się spodziewałem. Tylko co jemu do tego??- ciekawie zaglądając do szklanki Mateusz prawieże mruczał do siebie. Z boku można by odnieść wrażenie, że poza widokiem pełnego szkła nic go więcej nie interesuję. W zasadzie o to chodziło.
   - A co mam nie znać. Codziennie ją oglądam , to i znam - barman wzruszył ramionami i przyjął pozę parobka, tak na wszelki wypadek.
   - Yhy - federalny zapisał coś w małym notatniczku nie wiadomo skąd wyciągniętym - A kiedy mogę porozmawiać z szefem?
   - Nie sądzę aby Don Santos chciał się z panem spotkać, nawet gdybyś został generałem.
   - Managera miałem na myśli.
   - Aa, to wieczorem, za jakieś dwie, trzy godzinki.
   - Yhy - znów coś zapisał i nie przestając patrzeć w notatki dorzucił - z panem też chciałbym porozmawiać.
   Barman i Mateusz spojrzeli po sobie pytającym wzrokiem i obaj jednocześnie wzruszyli ramionami.
   -Tak, z panem, panie Firstbook.
   "Oho, teraz moja kolej, znaczy się - zmiękłem" - przemknęło przez głowę Mateusza, ale grzecznie rzucił:
   - Yhy.
   - Yhy.
   Obserwował jak pan szanowna władza właśnie zabrał się z namysłem do obgryzania ołówka. Teraz dopiero przyjrzał się Oswaldowi uważniej. Na pierwszy rzut oka ocenił jego wiek na czterdzieści parę lat, teraz skorygował do jakichś pięćdziesięciu, hm, pięciu? Włosy, lekko szpakowate, już dawno niestrzyżone, cokolwiek w nieładzie. Na krótkim nosie okulary, które nie były przeciwsłoneczne, raczej korekcyjne, ale mocno przyciemniane. Twarz ogólnie dość okrągła, na której niezdrowa bladość konkurowała o lepsze ze szczeciną dwudniowego zarostu. Krawat niezbyt solidnie zawiązany na nieprasowanej koszuli i nijak pasujący do szarej marynarki dopełniał postaci jak z szybkiego pociągowego kryminału. Wniosek - pierwsza ocena z gruntu błędna i bardzo szablonowa - ten gracz mógł się okazać groźnym. Tylko trochę nie bardzo mu pasował sposób zachowania do postury. Mówiąc po prostu - ten człowiek zachowywał się inaczej jak wyglądał. Póki co uznał to za efekt szkoleń, tych nowoczesnych, szybkich, kwartalnych doszkoleń personelu, których nikt nie lubił, a które zalecały całą masę dziwnych czasami nowości. Był ciekaw ile ten doszkolony klasyk kryminalnych zagadek może wiedzieć o jego droinie.
   Kilka lat temu, jak ostatni raz przewoził nikt się nie dowiedział i to była jego przewaga nad resztą przemytników. Nikt nie wiedział jak on to robi. Właściwie to miał kilka sposobów, które stosował w zależności od klimatów panujących w okolicy zrzutu. Głównym atutem było to, że działał zawsze sam. Był raczej spokojny o narkotyk, nie mogli się dowiedzieć, a jeśli już to jedynie pogłoski. Ta partia była wykupiona jeszcze dwa lata temu. To też było częścią planu. Komu by się chciało przetrzymywać towar dwa lata. Mechanizm był mniej więcej taki: policja się dowiadywała swoimi kanałami, że ktoś kupił bardzo dużą partię droiny. Rusza cała wielka akcja, obserwują wszystko i wszystkich, trzepią jak nigdy, i co? I nic! Wielka kicha. Po paru miesiącach dochodzą do wniosku, że zostali przechytrzeni, ciężko im się pogodzić, ale nie mają wyjścia. Akcja odwołana. Niemniej jeszcze niektórzy węszą jakiś czas w nadziei, że dojdą w jaki sposób poszedł przemyt i następnym razem to oni będą górą. Mija jeszcze rok, następna spektakularna akcja przejęcia towaru zagłusza całkowicie poprzednią klęskę. I wtedy przychodzi moment na działanie. Szybki wyskok, niby weekendowa wycieczka, krótki targ z Donem, który i tak zawsze od niego wszystko brał, i już. W zasadzie wszystko czekało przygotowane, więc jeszcze nie przebrzmiało ostatnie słowo spikerki wiadomości opisującej udaną akcję policji, a on już był w drodze. W ten sposób o sprawie, w tym czasie, wiedziały tylko dwie osoby - on i Don. Hmm, to też jest do przemyślenia. Z zadowoleniem zauważył, że głowa dziś już o wiele lepiej pracuje. Punkt dla mnie, pomyślał.
   Co ta Dona zmajstrowała, że federalni powiązali ją z nim? Przecież był z nią zaledwie parę godzin. Fakt, dziwnie się zakończyła ich znajomość, ale to w końcu on dostał po głowie i jeśli ktoś miałby wzywać policję to chyba nie Dona. No, i jeszcze fakt, że to był federalny świadczył o większej skali problemu. To już nie mogło chodzić o pobicie? Więc jednak droina. Psiakrew. Ale jak?!
   - Halo, mówię do pana! - zirytowany głos władzy wyrwał go z rozważań.
   - Taaa?
   - Przypuszczam, że pan też zna ją tylko z widzenia - Oswald pchnął fotografię w jego stronę - ale tak się składa, iż mam informację, że pan zdążył się zaprzyjaźnić z panną Doną, więc chyba nie warto zaprzeczać tej znajomości.
   - Dosyć krótkiej znajomości - odpowiedział Mateusz trochę zły na siebie, że się zamyślił i nie słyszał co powiedział barman.
   - Yhy, krótkiej, to fakt - i znów coś zapisał w notesiku. Swoją drogą ciekawe, czy naprawdę coś tam zapisywał, czy tylko był to taki manewr na wytrącenie z równowagi.
   - Więc cóż z tym faktem? - spróbował przejąć inicjatywę.
   - A cóż ma być?- nie dał się zbić z tropu federalny. - Znajomości z panną Doną prawo nie zabrania.
   Rozejrzał się ciekawie po lokalu. Zatrzymał wzrok na chwilę na zrobionej z rogów srela lampie, ale z grymasem, w zasadzie nie wiadomo dlaczego - lampa była całkiem do rzeczy, odwrócił wzrok i dodał niby to niechcący:
   - Chyba, że jest to martwa panna Dona?


   No, jeśli zniknęła droina, mógł się tego spodziewać, ale jak się okazuje nie był na to przygotowany. Kątem oka zauważył jak Oswald obserwuje go uważnie, więc zrobił mniej więcej refleksyjną minę i rzekł z głupia frant:
   - Nic nie jest wieczne.
   Ta skądinąd smutna wiadomość niosła też dobre informacje. Mogło to oznaczać, że o droinie, wbrew wcześniejszym podejrzeniom, nikt nic nie wie. Ale dlaczego sprawą martwej tancerki zajmuje się federalny?
   - Tak. Pozostaje kwestia czy się samemu odchodzi, czy z pomocą. W tym przypadku nie ma wątpliwości i coś mi mówi, że pan coś o tym wie. Proszę więc mi opowiedzieć o waszej krótkiej znajomości.
   - A cóż ja mogę powiedzieć? - przeciągał jeszcze, choć już wiedział, że w większości powie prawdę. Po pierwsze, jeśli go w jakiś sposób powiązali z Doną, to już coś niecoś wiedzieli i kłamstwo szybko by wyszło na wierzch. Po drugie mówiąc prawdę zmniejszał czujność federalnego i prędzej mogłoby mu się wymknąć coś w temacie.
   - Najlepiej wszystko od początku.
   - I najlepiej do końca. Dobra, dobra, już mówię. - szybko dorzucił widząc irytację mogącą doprowadzić do zatrzymania , na co nie mógł sobie pozwolić - Mówisz pan Dona, tak? Ano niech będzie, tak się z nią zaprzyjaźniłem, że nawet imienia nie byłem pewien.
   - Yhy. To znaczy, że się jednak znaliście?
   - Obawiam się, że to zbyt dużo powiedziane. Poznałem ją dwa dni temu i znałem parę godzin. Po pokazie, gdy zeszła ze sceny, przyszła na salę i tak się jakoś złożyło, że po jakimś czasie bawiliśmy się razem. - przerwał, skinął na przysłuchującego się barmana i palcem wskazał na pustą szklaneczkę.
   - Yhy, się złożyło. A potem grzecznie poszedł pan do domciu i lulu, ta?- i znowu coś zapisał w tym swoim kajeciku.
   - No, nie, skądże znowu. Jak się bawić to się bawić. - puścił oko do barmana - Do domciu tak, ale nie żeby tak zaraz lulu. - przerwał znowu i pociągając wolno ze szklaneczki kątem oka obserwował twarz Oswalda.
   Ten stukając odwróconym ołówkiem w notes mruknął:
   - Więc ostatni raz widział ją pan przy śniadaniu?
   - No, niedokładnie. - teraz będzie ten kawałek nie do końca zgodny z prawdą - pomyślał - zobaczymy czy coś jednak wiesz.
   - A co dla pana oznacza - niedokładnie?
   - Mniej więcej tyle, że zanim dotarliśmy do domciu ktoś mi tak przywalił w głowę, że powinien pan uważać za cud naszą dzisiejszą rozmowę.
   - To znaczy?
   - Och, to znaczy, że straciłem przytomność, dziewczynę i romantyczną noc, tak przypuszczam.
   - Yhy.
   - Tak, yhy. - ten facet najwyraźniej coś miał z tym yhy. Sprawa dla psychoanalityka, yhy.
   Oswald zadumany oglądał przez jakiś czas sufit, potem przeniósł wzrok na podłogę i znów na sufit.
   - Ciekawe - mruknął.
   - O tyle o ile ból głowy może być ciekawy.
   Federalny spojrzał na niego trochę jakby rozkojarzony.
   - Ból głowy nie, ale te lustra tak. - i znowu podniósł wzrok na sufit, a za chwilę opuścił na podłogę. Barman i Mateusz, cokolwiek ogłupiali, jak zahipnotyzowani podążyli za wzrokiem porucznika, co i tak im nic nie dało, bo miny dalej mieli niezamądre. - takie proste, a ile efektów, ile widoków tej samej rzeczywistości. Na razie tyle. Muszę panów prosić o nie opuszczanie Miasta i ? i w zasadzie tyle. Byli panowie bardzo pomocni. Do zobaczenia.
   Oswald wstał i zostawiwszy zdezorientowanych przy barze, ruszył do wyjścia. Już przy samych drzwiach zatrzymał się, spojrzał w górę, w dół.
   - Yhy, ciekawe.- mruknął właściwie do siebie i podnosząc dłoń wysoko ponad głowę w geście pozdrowienia obrócił się i wyszedł.
   Co za typ, cholera by go. Spojrzał na barmana, który spoglądając w sufit wyglądał jakby na ciężkim kacu próbował zrozumieć wykład o rozszerzonej teorii względności. Przynajmniej nie jestem sam - pomyślał - i jakby mu troszkę ulżyło. Spojrzał na lustra na suficie, w których zobaczył odbicie lustra z podłogi, w którym zobaczył odbicie sufitu, w którym?
   Dość, taki cholerny cud był w co trzecim lokalu tego typu. Ten federalniak zakręcił nimi jak chciał. A taki był śmieszny, taki pretensjonalny, taki książkowy staroć, taki, taki?
   Dość, o to mu chodziło, spokój, przecież nic się stało. Najdziwniejsze w nim było to, że kogoś przypominał, gdzieś w zakamarku głowy kołatała się myśl, że zna tą postać. Ten gest dłonią na pożegnanie był taki znajomy, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć.
   Wziął jeszcze jedną szklaneczkę whisky i usiadł przy stoliku. Nie wiadomo skąd pojawił się kelner, dzień cudów - przemknęło mu przez głowę. Coś zamówił, nawet nie wiedział co. Już sam nie wiedział co jest przyczyną tego roztargnienia. Może to alkohol, a może ten cały Oswald, a może, po prostu, nie wie co teraz zrobić - jedyny punkt zaczepienia jest już martwym punktem. Co teraz!?


   Co teraz? Co teraz?! Dwa słowa uparcie krążyły po pustej głowie. Co można zrobić, gdy nie można nic zrobić? Żadnego zaczepienia. Kompletnie nic. I co powie Don Agawie? On już pewnie coś zaplanował względem tego towaru, podjął zobowiązania i jeśli nie będzie miał droiny na czas będzie musiał go usunąć. Tak dla przykładu chociażby, aby inni wiedzieli, że tak się nie robi interesów z Donem. I nie pomoże wieloletnia znajomość, szkolne koleżeństwo, ani wcześniejsze przedsięwzięcia z których wywiązywał się co do joty. Jest już trupem. Tak jak wielu innych cwaniaków i pechowców. Takie są realia branży, jak nazywali swoje droinowe interesy. Nie znał przypadku aby ktokolwiek się schował przed Donem. Miał on w swojej służbie ponurego i milczącego negrofrańskiego wojownika po cichu nazywanego Duchem. Nikt nie wiedział jak wygląda, jego postać ukryta była w długim, zakapturzonym, nieokreślonego koloru płaszczu i wydawało się, że płynie bezszelestnie w powietrzu. Potrafił znikać i pojawiać się nie wiadomo skąd, jakby wyrastał spod ziemi. Mówiono też, iż przenika przez ściany i zabija myślami. Znał trochę dżunglę negrofrańską i był skłonny uwierzyć w to wszystko. W każdym bądź razie wierzył w to, że ktoś wychowany w tej dżungli jest w stanie zrobić wszystko, a odnalezienie osoby jest jedną z łatwiejszych sztuczek.
   Co jak co, ale nie był przygotowany na śmierć. Miał jeszcze plany związane z bliższą i dalszą przyszłością. Ma jeszcze osiem dni. Poradzi sobie, musi poradzić.
   Siedział tak przed wystygłą porcją spaghetti, sam zadziwiony swoim optymizmem - nawet nie wie co zamawia ( od najmłodszych lat nie cierpiał makaronu! ), a irracjonalnie wierzył, że obronną ręką wybrnie z tej całej sytuacji.
   W jaki sposób ktokolwiek się dowiedział o przerzucie. Wiedział tylko on i Agawa. Więc to Don. Więc to on. Dlaczego?!
   "Ale przecież nawet on nie wiedział, że przylatuję dwa tygodnie wcześniej. - mruczał prawie niezrozumiale Mateusz. Tak, lecz przecież zjawiłem się w lokalu jego brata, zachciało się rozrywki, psiakrew. A może to Santos? W jakiś sposób się dowiedział i jak mnie zobaczył u siebie w lokalu podsunął dziewczynę i w ten sposób miał czas na przygotowanie akcji."
   Nie mógł jednak jakoś w to uwierzyć. Santi - jak go nazywali w szkole - był, jakby to powiedzieć, był niepoprawnym marzycielem. Ciągle chodził z głową w chmurach. Marzycielem, bo od najmłodszych lat wymyślał swoją wymarzoną restaurację, taką knajpę z małą rewią. Roił mu się dobry jazz, tuzin tancerek i parę setek klientów tak zapatrzonych w cycki tancerek, że nie widzą co jedzą i piją. A niepoprawnym, bo nijak nie mógł wypracować funduszy. Agawa tak kochał swego brata, że gdy już mógł pozwolić sobie na to, kupił mu marzenia i spełniał następne. Nie, to niemożliwe. Jeśliby to wymyślił Santi, to po pięciu minutach wiedziałoby całe Miasto. No, i jeszcze jedno, Santos nie pozwoliłby, pod żadnym pozorem, zabić swojej tancerki. Nie, w życiu. Odpada.
   Więc jednak Agawa. Tylko dlaczego? Zawsze jest jakiś motyw, a tu go nie widział i nie potrafił wymyślić. No, bo przecież nie dla kasy. Od parunastu lat nie stanowiło to problemu, a znając usposobienie Agawy nie wyobrażał sobie aby mógł on przehulać nieopatrznie majątek mogący utrzymać spory system gwiezdny.
   Nie dla kobiety - bo nie było wspólnych znajomych. Jeszcze jakiś czas próbował coś znaleźć w pamięci na ten temat, ale nic nie dało się podciągnąć. Może więc zadawnione konflikty? Nie, wszystkie niedomówienia, tak samo on, jak i Agawa rozwiązywali góra w miesiąc.
   "Fakt, jeszcze zostaje czynnik zewnętrzny. Hm, tylko kto i co? Jeśli Don by coś wiedział dałby mu jakoś znać; już tak robili w przeszłości. Sam osobiście nie znał nikogo, z kim kiedykolwiek by rozmawiał o swoich wypadach. Tylko on i Agawa. Więc Don zwariował, nie ma innego wyjścia. Nie, to też nie możliwe! Więc, więc to ja zwariowałem. Nikt nic nie wie, a sześćdziesiąt ton droiny znika. Zwariowałem jak nic."
   Może nie zwariował, ale wyraźnie czuł, że jego umysł pracuje na granicy przeciążenia. Już zaświtała myśl, że to ojciec mści się za grobu za jego wkurzające wybryki za młodu. Gdzieś w testamencie, małymi literami zapisał aby ścigać syna stresującymi sytuacjami i jakiś ?duch? negrofrański bawi się wymyślaniem coraz to nowych sytuacji. A to ciekawe, dlaczego akurat ten typ spod ciemnozielonego nieba Negrofranii przyszedł mu do głowy?
   "Aha, więc jednak boję się śmierci." - myśl ta wydała mu się dziwnie zakrzywiona w swojej istocie.
   W tym zakrzywieniu dostrzegł rysę pęknięcia, dziwnie zachęcającą do zgłębienia zagadnienia.
   Głęboko zakorzeniony instynkt przeżycia włączył dzwonki alarmowe. - Gdzieś już widział krzywiące się myśli, dźwiękowe kolory i widoczne dźwięki.
   "O tak, to jest dobre, tak trzeba."
   I znów dzwonki, takie piękne, czerwono - niebieskie. Spuścił głowę, jego wzrok padł na dziwnie dźwięczący makaron, na którym zobaczył, dopiero teraz, niebieską sieć grzybni droiny. Resztką świadomości podniósł się z krzesła, końcami palców zrzucił talerz ze zdradliwą potrawą i mając w głowie świadomość jak trudno oprzeć się droinie całe swe jestestwo nastawił na wyjście z restauracji. Kątem oka zauważył tęczowy dźwięk spadającego talerza i usłyszał wyraźny, niebieski kolor rozpełzającego się, niczym gniazdo żmij, makaronu. Resztkami sił naparł na wahadłowe drzwi między salą restauracyjną a holem. Głuszony kolorem atakującym z każdego jego ruchu i zadziwiony zaskakującym widokiem czynionego hałasu wytoczył się poprzez krótki holl na ulicę i ?kładąc się na materacu z tęczy dźwięków pulsującego miasta zobaczył hałas wywołany swoim potknięciem, i zrobiło mu się jakoś przykro i stracił świadomość?


   ...coś go niosło. Nie, raczej płynął. ¦wiat w bladoniebieskiej mgle przesuwał się z wolna, raz to nabierając wyraźnych kształtów, to znów rozpływał się miękko. Usilnie myślał, że porusza nogami, nie wiedzieć czemu uczepił się tej ociężałej myśli. Była ona natrętna i nieprzyjemna, ale nie mógł jej porzucić, gdzieś w zakamarku głowy kołatało mu się, że musi się tego trzymać, choć nie wiedział dlaczego. Wielu rzeczy nie wiedział i wydawało się, że im więcej znanych myśli podpływa do niego, tym więcej nie wie. Dlaczego niektóre zdarzenia z życia, choćby nic nieznaczące szczegóły, pamięta się w najdrobniejszych szczegółach? A z kolei inne, o znaczeniu przełomowym, zanikają powoli, aż prawie do całkowitego zatracenia. Pozostaje po nich jedynie wrażenie wyjątkowości, a nie pamięta się dnia w jakim się zdarzyły, nie pamięta ile lat minęło? Pamięta się sceny z dzieciństwa tak wczesnego, że nikt nie wierzy, natomiast z trudem, lub wcale te z przed tygodnia, a niekiedy dnia. Tak jak teraz - nie pamiętał dlaczego, ale wiedział, że musi, choćby nie wiem co, poruszać nogami. Stało się to dla niego sprawą pierwszorzędną, chociaż nie pamiętał nawet czy ma nogi. Obok przepłynęła długonoga blondyna z trupiobladym uśmiechem, której przyglądał się dziwny facet, w dziwnych okularach i szarym garniturze. Dałby głowę, że skądś ich zna, ale ni cholery nie pamiętał skąd. Z kolei nie znał dziwnie mu się przyglądających twarzy, które podpływały i oddalały się co jakiś czas. Dłuższą chwilę przyciągnęła jego uwagę kręcąca się taksówka z otwartymi drzwiami, ale porzucił ją w końcu i odpłynęła. Nie mógł do niej wsiąść, musiał ruszać tymi cholernymi nogami. Mozolnie, ciężko i bezsensownie, ale musiał. Czuł, że jak przestanie to będzie jeszcze gorzej, jeszcze ciężej i bezsensowniej. Nie wiedział o ile gorzej, ale wiedział, że będzie. Klaksony na skraju niebieskawej mgły zaanonsowały korowód statków rzecznych, takich dziwacznych antycznych, szerokich, płaskodennych łajb z wielkimi kołami po bokach i chmurami dymu nad nimi. Z jednych machali kijami do niego potężni, krótko strzyżeni faceci, z innych, smukłą rączką, powabne blondynki, z jeszcze innego, gestem wysokiego pozdrowienia, szarzy, zmęczeni, wiecznie spoglądający w górę i w dół, poważni panowie. Tylko ostatni statek był jakiś inny. Najpierw z niebieskawości wynurzyła się nijaka szarawość, z której wystawał potężny kawał drewna i jakieś dziwne olinowanie. Później w tych szarych kłębach pojawił się ciemny, mokry, drewniany kadłub. Długi czas nie widać było nic poza powoli i dostojnie jakby przesuwającymi się grubymi i szerokimi dechami, w których w pewnych odstępach ujawniały się duże klapy. Po dłuższej chwili deski wcięły się w dół ukazując pokład z trzema masztami obwieszonymi linami, między którymi przepływały nijako-szare kołtuny mgły. Patrząc ku tyłowi nad pokładem piętrzył się mostek z wielkim kołem po środku, za którym, zdawało się, ktoś stał owiany całunem mgły. Wytężył wzrok, ale nie mógł dostrzec postaci. Podszedł do statku jeszcze parę kroków i dopiero teraz dostrzegł sznurową drabinkę zwisającą z burty. Gdy już prawie zdecydował się wejść na pokład, tchnienie wiatru rozwiało opary mgły z mostka i Mateusz dostrzegł zakapturzoną postać w szarym-nie szarym płaszczu, która jedną ręką wzywała go do wejścia na pokład, drugą zaś trzymała otwarte puzderko z błękitną substancją, która przyciągała wzrok. Postać, mimo przyjaznych gestów budziła grozę i odpychała, ale niebieska substancja zdecydowanie przyciągała obiecując coś niekonkretnego, ale napewno lepszego. Tak bardzo zajęła go ta scena, że zapomniał o ruszaniu nogami i wpadł w panikę. Zajmuje się głupotami, a musi przecież maszerować, maszerować, maszerować. Nie może przestać, bo? A właściwie co? Co może się stać, na pokładzie też może poruszać nogami. Przecież nie musi siedzieć. A tam jest pudełko z droiną i on może by dostał trochę i łatwiej może wtedy by się maszerowało. Zdecydowany odwrócił się, ale statek odpływał już i zniknął prawie we mgle. Rzucił się więc za nim, przecież to tak blisko, biegł szybko, coraz szybciej, nigdy jeszcze mu się nie biegło tak dobrze, tak lekko, już, już niedaleko, jeszcze trochę i złapie drabinkę, jeszcze dwa kroki i jeszcze dwa, i jeszcze dwa, ile by z siebie nie dawał to jeszcze dwa, jeszcze dwa, załkał z bezsilności, rzucił się ostatnim zrywem choć wiedział już, że nie sięgnie i krztusząc się, z bezsilnością obserwując niknącą rufę statku, pomyślał, że to już zawsze tak będzie, zawsze będzie sam ze swoimi, wiecznie brakującymi dwoma krokami. Oto jest jego przeznaczenie, nieuchronne fatum. I żeby o nim nie myśleć znów obrał, nie wiedzieć z jakiej przyczyny, pierwotny kierunek i rozpoczął mozolną wędrówkę. Zawsze trzeba mieć wyznaczony kierunek i zgodnie z nim dążyć, niezależnie od pokus. Tak jest łatwiej, bo, tak czy siak trzeba przebierać nogami, więc wydaje się łatwiej jak zna się kierunek. Niektórzy całe życie idą to tu, to tam i nie bardzo wiedząc gdzie chcą dojść nigdzie nie dochodzą, pomimo tego, że im się wydaje, że zaszli tak daleko, dalej od innych albo nawet najdalej. Są i tacy, którym się wydaję, że wiedzą jaki kierunek obrać i dlaczego, i idą tak pomimo wszystko, i sądzą, że jedynie słusznymi są ich kroki i prowadzą ich najdalej, i najpewniej, ale okazuje się, że zachodzą w te same miejsce co wcześniej wspomniani i inni. Zwycięzcami są jak zwykle piechurzy środka, złotego środka, idą z wyznaczonym kierunkiem, lecz nie pomimo wszystko. Ale i oni zachodzą w te same miejsce. Miejsce, które równa wszystkich, niezależnie od poglądów, rasy, wyznaczonych kierunków, religii, czy co tam jeszcze sobie wymyślisz. I spotykają się oni wszyscy z powrotem na rozstaju, z którego wyruszyli, i patrzą na siebie z niedowierzaniem, że oto pan i sługa jako równi na starcie tako i na mecie, i jeszcze wstrząsa niektórymi złość na to, i udaliby się w podróż raz jeszcze, aby dowieść swej wyższości, ale to już koniec drogi, już każdy przeszedł swoje, już dość? i pozostało tylko rozsądzić swoje czyny. I uczynić to musisz ty, nikt inny tego za ciebie nie zrobi. Jeśli całe życie robiłeś na pokaz, lub ze strachu tego nie robiłeś, tego nie dasz rady, bo wiesz dobrze, że twoje najskrytsze myśli są na wierzchu, nie nazwiesz ich inaczej, bo każdy zobaczy co myślisz, i musisz być obiektywny, bo to jest twoja ostateczna decyzja, nikt na nią nie wpływa, ani ty nie zmanipulujesz jej; jest nieodrodnie Twoja i taką pozostanie. Więc pytanie - czy chciałeś i byłeś uczciwy w interesach z Agawą? Tak. Czy nigdy nie starałeś się o nienależne lub dodatkowe zyski z tych transakcji? Nie. Więc jednak chciałeś zabić lub uwięzić Agawę? Nie. Kto ci odbił Arktiankę w drugiej klasie? Agawa. Czy ona cię kochała? Nie. Więc Agawa zrobił źle. Nie. Więc teraz mścisz się na Donie? Nie, ona go kochała, nie mnie. Więc masz motyw. Nie. Zazdrość to dobry motyw - nie uważasz? Nie, ponieważ, z mojej strony to też nie była miłość. Tak? Tylko zauroczenie, które szybko minęło na korzyść następnej kobiety. Ile dostałeś za Agawę? Nie wiem. Kto ci zlecił? Pracuję sam. Kiedy ostatni raz kontaktowałeś się z policją? W klubie Santosa. Co mu przekazałeś? Powiedziałem, że się spotkałem z tancerką Doną, że dostałem po głowie i straciłem przepiękną noc. Kiedy dostarczysz towar? Nie wiem czy dostarczę.
   - Dość.
   - Ze względu na wagę informacji uważam, że należy kontynuować ?
   - Nie. Odstaw go na jego statek i zadbaj aby za dużo nie kojarzył. Ale tak nie do końca, za jakiś czas chciałbym aby można mu było przypomnieć co się wydarzyło. - Don Agawa odwrócił się, pociągnął spory łyk ze szklanki i spojrzał przez okno - to wszystko, jak skończysz mam dla ciebie nowe zadanie.
   Zakapturzona postać w płaszczu do ziemi lekko skinęła głową, bez słowa się odwróciła, lekko przerzuciła nieprzytomne ciało przesłuchiwanego na wózek i sprawnie manewrując wyjechała za drzwi.
   - Przepraszam, Mat - szepnął Agawa kierując wzrok za oddalającymi się postaciami.


   Czekając na kawę rozmyślał o Karapylach, Don Agawie i 60 tonach znikającej droiny. Cóż, Karapyle, układ jak układ, da się tu co nieco zarobić. Gdzie jak gdzie, ale tu chętnych do interesu nie brakuje, szczególnie szemranych interesów. Przeprowadził Agawie już niejeden transport i nie miał powodu do narzekań, ale tym razem? Tym razem towar rozpłynął się, a on nie ma pojęcia co z tym fantem zrobić.
   Poprawił się na koji i ból w pachwinie na dłuższą chwilę przerwał dość senne rozważania. Automat dostarczył kawę, której aromat zmusił go do sięgnięcia po papierosy. Zawsze przy kawie nie mógł się oprzeć nałogowi. Spowity niebieskawym dymem i lekko siorbiąc kawę przez chwilę pomyślał, że już był w identycznej sytuacji. Rozwiał ręką chmurę dymu odganiając dziwną myśl.
   Ból w okolicach lędźwi trochę sadystycznie przypomniał mu niebieskooką blondynę znajdującą się jeszcze nie tak dawno w jego łóżku. Swoją drogą - pomyślał - czy ona brała w tym udział, czy była tylko mimowolnym narzędziem? Musi się tego dowiedzieć. Jak tylko dojdzie do siebie odwiedzi ją jeszcze raz i tym razem to on będzie zabawiał.
   Poznał Donę na Alkorze, zamieszkanej planecie archipelagu Karapyle, gdzie właśnie się był zatrzymał. Miał dobre układy z Agawą więc mógł sobie pozwolić na postój w tym porcie. Nie każdy przybysz mógł sobie na to pozwolić. Tubylcy, można powiedzieć, byli nastawieni na przeżycie swojej marnej egzystencji na najwyższych obrotach i jeśliś nieopatrznie zagubił się w tych stronach, a w twojej kieszeni znalazła się choćby marna część denara federalnego, już po tobie. Chyba, że jesteś gościem Don Agawy, a i to, jak się okazuje, nie zawsze da ci ochronę. Krótko mówiąc - nikt o zdrowych zmysłach się tam nie wybiera. A jednak.
   "A jednak - zaśmiał się gorzko z siebie - uwierzyłeś w dobre interesy z Agawą, to szukaj wiatru w polu. Termin upływa za siedem dni, więc jak nie wymyślisz czegoś to brachu po tobie."
   Przypalił drugiego papierosa, siorbnął łyk kawy i próbował ułożyć jakiś plan działania na najbliższe dni. Nic nie przychodziło mu do głowy, jedynie Dona wciąż uporczywie powracała. Musi ją koniecznie odnaleźć. Choć nie spodziewał się za wiele, ona była jedynym punktem zaczepienia.
   Dzwonek alarmowy w jego głowie odezwał się głośniej. Nie wiedzieć czemu znów poczuł się jakby drugi raz oglądał ten sam film.
   Otrząsnął się z irracjonalnych myśli. Musi działać i to jak najszybciej, tak niewiele czasu zostało. Odruchowo namacał broń. Mocno ją ściskając zsunął się z koji i powlókł się do łazienki.
   Gwiżdżąc coś dziwnego wziął prysznic, ogolił się, ubrał i udał się, z narastającym uczuciem deja vu, do tak zwanego Miasta.
   Minąwszy doki towarowe zanurzył się w cień rzucany przez budynki dzielnicy portowej. Ogarnęła go szarość murów i mimowolnie zaczął uważniej przyglądać się ciemniejszym zaułkom. Znowu odezwał się w mim dzwonek alarmowy - już tu był i miał nieodparte wrażenie, że skończyło się to niezbyt dobrze. Rozejrzał się czujniej, nozdrza pochwyciły lekki, wilgotny i o cokolwiek dziwnym zapachu powiew. Nieświeży oddech miasta, pomyślał i odruchowo sięgnął pod połę marynarki. Z ulgą namacał kolbę pistoletu i poczuwszy się troszkę pewniej złapał taksówkę. Kazał się wieźć do "Cha- Cha", lokalu brata Dona. Tam poznał Donę, więc tam rozpocznie poszukiwania.
   Po czyściejszych ulicach i lepszych pojazdach domyślił się, że już jest niedaleko, więc zaczął zastanawiać się co zrobi jak już znajdzie czarującą Donę. Jak ją podejść? A może od razu przycisnąć. Postanowił zostawić to na później, najpierw musi ją znaleźć. Z tym raczej nie powinien mieć problemu, z tego co wiedział Dona była jedną z tancerek w "Cha-Cha".
   Zapłaciwszy zawyżony rachunek taksówkarzowi, poprawił kaburę pod pachą i wysiadł pod klubem. Dzwonki alarmowe w jego głowie grały coraz głośniej, do tego miał wrażenie, iż jest śledzony, ale będąc pewny poparcia Agawy i gnata w kieszeni, wszedł do klubu. Chociaż tuż za drzwiami przystanął w pół kroku. No, właśnie, dlaczego jeszcze żyje? Cała fura droiny znika, a on, pierwszy, który będzie robił wszystko aby ją odzyskać, pozostawiony przy życiu. Owszem poturbowany, ale w zasadzie cały. Nieraz w młodzieńczych latach w gorszym stanie wracał z dyskoteki. To się już w ogóle kupy nie trzyma. I na pewno potrzebuje wyjaśnienia. Z coraz większym poczuciem deja vu Mateusz wkroczył do głównej sali lokalu.
   Rozejrzał się. Nie licząc dziwnie uśmiechającego się barmana, było pusto. Jeszcze za wcześnie na ten interes, na połowie stolików były jeszcze pozakładane krzesła, nie widać żadnego kelnera, światła przygaszone. Spojrzał ponownie na barmana, który nadal szczerzył do niego zęby, zupełnie jakby znali się co najmniej kilka lat. Co prawda jego twarz wydawała się jakby znajoma, ale oni przecież wszędzie wyglądają tak samo.
   Jakby w odpowiedzi barman puścił oko, złapał szklaneczkę, wprawnymi ruchami przetarł szkło i z profesjonalnym uśmiechem postawił przed jego zdziwioną twarzą.
   - Tradycyjnie whisky? - stwierdził .
   - Poproszę - bąknął, tym razem naprawdę zaskoczony Mateusz - I popielniczkę.
   - Służę uprzejmie.
   Mateusz wyciągnął papierosy i już barman był przy nim z zapalniczką i tym swoim, głupawym, porozumiewawczym uśmieszkiem.
   - Dzięki.
   Wyraźnie poczuł, że już to przerabiał, a barman najwyraźniej podśmiewa się z niego. Miał tego dość.
   - Przepraszam, ale czy my się znamy? - rzucił wypuszczając ze świstem dym.


   - W zasadzie to nie.
   - To schowaj śliczne swoje ciacho, Panie Nalewak - Mateusz nie poznawał siebie -Wrzuć mi ten kawałek whiskas'a i używaj szmaty.
   Spojrzał na rozlazły uśmiech barmana i aż zrobiło mu się go żal.
   - Pozbieraj szczenę, ślicznotko, podstaw szuflę i daj se luz.
   Pomimo rosnącego zdziwienia przemianą, niechcianą, co by nie powiedzieć, naprawdę zrobiło mu się go żal.
   Żal żalem, ale skąd znał barmana i dlaczego używał języka z czasów głupiej młodości, gdy, na przekór ojcu, zaciągnął się do najemników Legii Karakańskiej i przesiedział dwa lata na Księżycowym Moście w Las Owec. Nie mówił tak co najmniej piętnaście lat. I te wieczne uczucie deja vu. Zerknął na naburmuszonego barmana, który udawał człowieka całkowicie pochłoniętego usuwaniem niewidocznych plam z kieliszka do szampana. Dałby głowę, że go zna.
   Ten dziwny stan przypominał mu trochę podroinowego kaca. Tak, owszem, wyraziście się zarysowywały zdarzenia z przed lat, ale deja vu nie pasowało do droiny w żaden sposób. To po pierwsze, a po drugie ? nie przypominał sobie, aby ćpał cokolwiek przez ostatnie dwa, trzy lata. Dodatkowo, droina miała to do siebie, że nie pozwalała zapomnieć brania. Tak, nie ma mowy o pomyłce.
   Rozejrzał się po sali.
   Naprawdę było jeszcze za wcześnie na ten interes. Teraz dopiero zauważył starszego jegomościa w nieoświetlonym rogu sali, który bezmyślnie spoglądał w niedokończone piwo. Nawet on wydał mu się znajomy, już nie wiedział co o tym wszystkim sądzić. Ma odszukać zaginiony transport, a tymczasem nie może się skupić. Zaciągnął się głęboko, aż mało nie przytkało, sięgnął po nalany trunek i pomyślał o Donie.
   Właśnie - Dona. Musi się dowiedzieć jaką rolę ona w tym wszystkim odgrywa. Zerknął na barmana nieodmiennie szorującego perfekcyjnie czysty kielich.
   - Kiedy coś tu się zaczyna dziać. - zrobił nieokreślony gest ręką w jego kierunku. Dym z papierosa zakręcił małe kółko, w którym dziadek z końca sali wydał się okiem cyklonu - Mateusz uśmiechnął się mimowolnie - drobny pijaczek ośrodkiem wszystkiego.
   - Tancerki rozpoczynają swój program o ósmej, proszę pana. - barman machnął szmatą jak na natrętną muchę i zmienił kieliszek, na równie czysty jak poprzedni.
   Ha, obraził się czegoś, niech mu tam. Wrócił myślami jeszcze do dziadka. Siedział on w półcieniu, wydawało się, że drzemie. Jak by go tu nie było. Ciekawe... - jak bym chciał obserwować, przypomniał szkolenie służb negrofrańskich, sam bym się tak usadowił. Dziwne skojarzenia - otrząsnął się.
   - A jak bym mógł się spotkać z Doną - niby to niedokończoną rozmowę ciągnął Mateusz.
   - Ja tam nie wiem, cały czas za barem jestem.- dziwnie raptem poszarzały barman wystraszony rozejrzał się po sali.
   Ani chybi coś ukrywa - pomyślał Mateusz i kątem oka, nie wiadomo dlaczego, zerknął jeszcze na dziadka. Wyciągnął studinarowy banknot i lekko wsunął pod róg popielniczki.
   - Ale, myślę, że jakby chciała się owa Dona spotkać ze starym przyjacielem, to raczej nie stanowiłoby to problemu.
   Wyraźnie przestraszony barman udając głuchego pazernie zerknął na papier. Mateusz jakby się zapomniawszy wyciągnął drugi banknot i zaczął się nim bawić, kątem oka obserwując podejrzane zachowanie barmana.
   - Normalnie, to nie widziałbym przeciwwskazań... - barman odzyskawszy słuch zaczął wycierać nieistniejące ślady na szynkwasie w pobliżu pieniędzy.
   - Normalnie... - położył palec wskazujący na rąbku setki i lekko przesunął ją w swoją stronę.
   - Normalnie to... - przesunął jeszcze kawałek w swoją stronę. - Normalnie to da się zrobić. - Pociągnął banknot do siebie.
   Mateusz szybkim ruchem przycisnął papier dłonią do blatu.
   - A co się da zrobić, Panie Nalewak? - spytał ostro przeciągając banknot do siebie.
   - Panie! - silnie poirytowany barman rzucił się krok do tył - idź pan sobie strugać wariata gdzie indziej. - Rzucił szmatę pod szynkwas i mrucząc nieładnie pod nosem prawie wybiegł na zaplecze.
   A niech to - mruknął Mateusz i cicho gwizdnął . Tego się nie spodziewał. Pociągnął whisky i spoglądając na drzemiącego dziadka próbował wykoncypować co wytrąciło barmana z równowagi. Potraktował go, być może niezbyt delikatnie, ale jakoś nie mógł sobie takiej reakcji wyobrazić. Musiało być coś jeszcze i tego chciałby się dowiedzieć. Jak wróci to jeszcze z nim porozmawia, tylko delikatniej - uśmiechnął się półgębkiem.
   Drzwi na zaplecze uchyliły się i ujrzał w nich barmana, a za nim dobrze zbudowanego łysielca. Pierwszy szepnął coś drugiemu i wskazał głową Mateusza. Ten ze zrozumieniem skinął, zerknął groźnie, poczym energicznie wyszedł przed szynkwas i zasiadł pięć stołków obok.
   "Aha, to sobie pogadałem" - Mateusz łyknął ze szklanki i zerknął na łysą głowę osadzoną na potężnym karku. "Aha!"


   Uśmiech typu: "może teraz pogadamy?", na twarzy barmana i jakby na potwierdzenie znaczące chrząkniecie z okolic stołka okupowanego przez łysielca, przekonały o ich gotowości do milczenia, więc zamknął na wpół otwartą buzię i zerknął w kąt sali. I kolejne zaskoczenie - dziadek zniknął jak za dotknięciem różdżki.
   No nie, przecież niemożliwe. Przecież by zauważył ruch w pustej sali. Zwariowałem - przemknęło mu przez głowę - albo wyćpałem całą droinę i jeszcze mnie trzyma. Nawet nie próbował się uśmiechnąć na ten sześćdziesięciotonowy dowcip. Rozejrzał się po sali jeszcze raz. Dziadek wyparował!
   Robi się coraz ciekawiej. Są dwa wyjścia - myślał. Moja głowa mogła nie wytrzymać niedawnego pałowania i coś się poprzestawiało. Za to opcją przemawiał fakt, że jeszcze żyje. No, bo przecież jakby oszukał Agawę to już po nim. A jak by ktoś mu ukradł transport, to przecież nie zostawił by go przy życiu. Za duża stawka.
   Drugim wyjściem może być zostawienie go przy życiu po kradzieży, żeby Don myślał, że nie wywiązuje się z kontraktu. W tym przypadku też będzie trupem, a trop zmylony. To się nawet kupy trzyma - jeszcze żyje, bo termin upływa za siedem dni. To jest prawdziwa data jego egzekucji.
   Kątem oka dostrzegł, jakby zawirowanie powietrza, prawie niedostrzegalną zmianę w kącie sali. Mimowolnie spojrzał w tym kierunku...
   Dziadek drzemał nad niedokończonym piwem jak gdyby nic.
   Oooo, tak potrafi niewiele znanych mu osób, ale jedną na pewno znał. Duch - niemal zabłysło w umyśle - więc Agawa nie spuszcza mnie z oka. Ciekawe jak długo jest przez niego śledzony, bo jeśli od przylotu to Don wie co się stało - uwadze wojownika Negrofranii nic nie umyka. A jeśli wie to... No, właśnie , co właściwie? Towaru, tak czy siak nie ma, a zobowiązania jak najbardziej - jakoś nie mógł dostrzec taryfy ulgowej. Tyle, że wiem, że on wie... Można, ewentualnie, liczyć, że Agawa podjął jakieś kroki wyjaśniające. Tak po starej znajomości, chociażby. Ale handel droiną na tą skalę to wielkie pieniądze, a ludzie w tym biznesie raczej nie przejawiają skłonności do sentymentów.
   Teraz musi zobaczyć się z Doną, ona może wnieść coś nowego do sprawy. Wydawało się to logiczne, szczególnie po podejrzanym zachowaniu się barman. Coś go łączyło z tancerką, ale czegoś się obawiał i to na tyle, że nie skusiły go wcale nie małe pieniądze. Zerknął na żującego wykałaczkę ochroniarza. Lepiej nie ryzykować rozmowy, może później, po zamknięciu baru.
   Nie mając chwilowo zajęcia kazał dolać whisky i zgarnąwszy gazetę ze sterty na końcu baru zasiadł przy stoliku w kącie. Z jednej strony drzwi wejściowe, z drugiej "dziadek". Naprzeciw bar, a lekko na prawo wejście do kuchni i jeszcze dalej, trochę w ukryciu drzwi do toalet.
   "Wszystko jak na dłoni - pomyślał Mateusz - dosłownie, razem ze mną" - cicho zaklął pod nosem. Wolałby miejsce "dziadka", ale wydawało się, że jest ono wykupione do śmierci. Mojej śmierci - poprawił i uśmiechnął się krzywo. Cóż, jak być na celowniku, to być.
   Zerknął do gazety. Lokalna wojenka kandydatów na gangsterów i przesiąknięte słodkimi obietnicami wybory gubernatora. Wybiera się władza, zarówno ta na świeczniku, jak i ta zza granicy cienia. Ciekawe, swoją drogą, że zawsze w parze. Wydawałoby się, że przestępcy pasożytują na społeczeństwie i korumpują władzę, a tymczasem wydają się tylko drugą stroną medalu żyjącą w symbiozie z aktualną elitą. Gdy żywiciel umiera, kończy się też okres ich "świetności".
   Dalej, po tak zwanym życiu społeczności lokalnej, gazetowa codzienność - katastrofy, morderstwa, gwałty. Zupełnie nic nie mówiące fakty przeszłe. Zdarzenia, poprzez swoją bezosobowość, zupełnie nijakie. Później sterta ogłoszeń i wydająca się nieco żywsza strona sportowa, ale i tu nic interesującego.
   Znudzony złożył dziennik, siorbnął trunku i rzucił okiem po sali. Nic się nie zmieniło i zaczął się zastanawiać co z sobą począć, ma jeszcze blisko trzy godziny do występu tancerek. No, przynajmniej dwie zanim pojawią się w ogóle w lokalu. Zerknął ponownie na gazetę. Z jakiegoś powodu budziła jego zainteresowanie. Jakiś irracjonalny niepokój. Wzdrygnął się, przełożył pismo na drugi koniec stolika, dopił whisky i szurając krzesłem wstał. Lekko się skrzywiwszy z bólu w pachwinie udał się do toalety.
   Załatwiwszy potrzebę mył powoli ręce przyglądając się sobie w lustrze. Nie wyglądał najlepiej. Podkrążone oczy i ołowiana cera nie wróżyły najlepiej jego kondycji. W końcu czego się spodziewać - parę dni, a przygód za rok, przynajmniej. Wytarł dłonie dokładnie w papierowy ręcznik i lekko uchylając drzwi zajrzał na salę główną. Sam nie wiedział co chciał ujrzeć, ale to co zobaczył przerosło jego oczekiwania.
   Przed barem, oprócz trzymającego się za tył głowy ochroniarza, stało jeszcze dwóch mężczyzn. Obydwaj w długich czarnych płaszczach i kapeluszach. Jeden z nich ostrzegawczo uniósł prawą rękę i wskazującym palcem lewej, kładąc go na ustach, nakazał ciszę blademu barmanowi. Drugi szturchnął lufą pistoletu ochroniarza i syknął :
   - Srosumiałeś. - Na co ten, ciągle trzymając się za potylicę, skinął głową. Jakby w nagrodę dostał jeszcze jednego kuksańca w bok.
   Pierwszy płaszcz skinął na drugiego i uważnie rozglądając się po sali wyszli z lokalu.
   Mateusz odczekał jeszcze minutę i energicznie, jak gdyby nic wyszedł przed bar. Zerknął na wystraszonego barmana i skulonego ochroniarza i nie zatrzymując się przeszedł do swojego stolika. Biorąc szklaneczkę rzucił okiem w kąt, na "dziadka". Ten , tak jak się tego spodziewał, drzemał dalej nad swoim nieskończonym piwem. Mając już przegląd całej sali Mateusz odwrócił się, podszedł do baru i skinął na bladego barmana.
   - To samo - mruknął stawiając szklankę.
   Siadając z powrotem do stolika zerknął mimowolnie na gazetę. Coś go ciągnęło do niej. Położył rękę na papierze i powoli bębniąc weń palcami zastanowił się przez chwilę nad dziwnym akcentem jegomościa w płaszczu. Znał ten lekko syczący, lekko sepleniący nosowy dialekt. Używały go gangi z zachodnich dzielnic Nowoborgu. To właśnie z ich magazynów pochodził ostatni transport droiny, ale wydawało się niemożliwym, aby w jakiś sposób skojarzyli kradzież z przed dwóch lat, jego, Don Agawę i ten transport. W każdym razie robi się niebezpiecznie ciasno i znajomo. Jeśli wogóle może być jeszcze niebezpieczniej.
   Papier pod palcami zaszeleścił głośniej. Co z tą gazetą, do cholery?! Niecierpliwym gestem zagarnął ją do siebie, rozprostował i strona po stronie przekartkował biegając oczami po tytułach. Skończył, posiedział chwilę nieruchomo i jeszcze raz, tym razem od tyłu, przejrzał cały dziennik. Złożył na cztery, przygłaskał i znowu zaczął bębnić. Zaczynam mieć jakieś lęki - pomyślał. Jeszcze trochę i na widok gazety będę dostawał gęsiej skórki. Nagle zesztywniał. Powoli rozłożył pismo jeszcze raz. Przełożył na czwartą stronę, przeleciał wzrokiem lewą szpaltę i zatrzymał się na kronice kryminalnej.
   No tak, jeśli w ilościach hurtowych znika droina, można w najmniej oczekiwanym miejscu oczekiwać trupa...


   Patrzał na nieduże zdjęcie Dony i krótką notkę pod nim jak na nadprzyrodzone zjawisko. Trupa, to się spodziewał, jak najbardziej, ale swojego.
   No, to ładnie. Teraz jest zupełnie w polu. Uzyskał odpowiedź tylko na jedno pytanie - tancerka była jednak w jakiś sposób powiązana z tą sprawą, znaczy nie było przypadku w jej zapoznaniu. Nic więcej się nie dowie od niej, niestety. Został jeszcze barman i jego dziwne zachowanie, ale może on już wiedział o śmierci Dony i dlatego tak zareagował. Nie wiedział dlaczego, ale intuicyjnie skłaniał się do tej myśli. W ten sposób w barze raczej niczego konkretnego się nie dowie. Tak, w takim razie - co teraz? Pozostają nowoborgczycy. Fakt, iż się pojawili tu, jednoznacznie wiązał ich ze znikającą droiną. Szczególnie, że to była, jakby na to nie patrzeć, ich droina.
   Rozejrzał się po sali - bez zmian. "Dziadek" drzemie, ochroniarz ze zbolałym wzrokiem masuje głowę, a barman, przemieniwszy się w znudzonego parobka, usuwa niewidoczne plamy ze szklanek. Mateusz wolno podszedł do szynkwasu, położył na nim banknot i uważnie obserwując barmana poczekał na resztę. Ten trochę zmieszany, nie patrząc na klienta, położył pieniądze na blacie i szybko odszedł. Mateusz chwilkę popatrzał za nim i zostawiwszy niewielki napiwek powoli ruszył ku wyjściu. Przy drzwiach do holu zatrzymał się i nie wiedzieć czemu spojrzał w sufit. Na przymocowanych do niego lustrach zobaczył siebie stojącego na lustrzanej podłodze, w której odbijał się sufit z nim stojącym...
   - Ciekawe - mruknął do siebie trochę bezsensownie. Taki cud był w co trzecim lokalu tego typu. Zerknął jeszcze raz na bar. Barman z oczami jak koła młyńskie zamarł w bezruchu i gapił się na niego jak na któryś tam cud świata. Mateusz się uśmiechnął krzywo w jego kierunku, spojrzał jeszcze raz na sufit, potem na podłogę, chrząknął i podnosząc rękę w geście wysokiego pozdrowienia wyszedł przez wahadłowe drzwi do holu. Zanim drzwi się zamknęły dostrzegł jeszcze jak barman, któryś raz z rzędu dzisiaj blednie i otwierają mu się szeroko usta.
   - Dziwny gość - pomyślał Mateusz, przyczesał włosy przeglądając się w lustrze przy wyjściu i zastanawiając się usilnie, gdzie znajdzie nowoborgczyków, pchnął drzwi wyjściowe. Silne słońce na chwilę oślepiło przyzwyczajone do półmroku oczy. Schylił głowę i odruchowo zasłonił powieki dłonią. Drugą ręką odnalazł w kieszonce koszuli okulary i wprawnym ruchem założył je. Otworzył oczy i w tym momencie poczuł silne uderzenie w głowę. Osuwając się na ziemię zauważył jeszcze czarne mokasyny wystające z pod czarnego płaszcza i stracił przytomność...


   ... gdzieś z oddali płynął pomruk silnika. W kompletnej ciemności nie mógł się przez chwilę zorientować czy ma otwarte oczy. Ból głowy wcale nie pomagał w dojściu do siebie. Próbował się poruszyć, ale skrępowane ręce i nogi skutecznie to uniemożliwiły. Po tym małym, zdaję się wysiłku poczuł, że robi mu się słabo, więc zrezygnował i spróbował się zastanowić nad swoją sytuacją.
   Słysząc silnik i biorąc pod uwagę ciasnotę i duchotę miejsca, można było przypuszczać, że znajduje się w bagażniku jakiegoś pojazdu. Chociaż nie do końca, ponieważ nie wyczuwał ruchu. Spróbował przyjąć wygodniejszą pozycję, ale nagły przypływ bólu w skroniach pozbawił go świadomości...


   Gdy znowu się ocknął, nie był wstanie określić jak długo był nieprzytomny. Natomiast teraz wiedział na pewno, iż jego więzieniem jest jakiś pojazd. Wyraźnie wyczuwał ruch, a z bliżej nieokreślonego kierunku dochodziły odgłosy przyciszonej rozmowy. Dobrze by było wiedzieć o czym rozmawiają - pomyślał i skupił się na określeniu kierunku. Kiedy już był pewny skąd dochodzą głosy, powoli zaczął się przesuwać, aż poczuł głową jakąś elastyczną przegrodę. Po paru manewrach udało mu się zbliżyć ucho do ścianki i zaczął wyłapywać wyrazy. Z początku pojedyncze, a z czasem całe, choć urywane frazy.
   - ... wsieliśmy sprawy w swoje ręce... towar miał być, tak?... nie ma, więc nie ma na co cekać. - mówił znajomy akcent. Acha, ten może okazać się znajomym.
   - No tak, ale termin jeszcze... - oponował drugi głos, też jakby znajomy.
   - Termin, termin, wsadź se... jest gość...
   - Zrozum, on nie ma ... zawsze na czas, więc dostaniecie. Teraz robi pewnie rozpoznanie.
   - Się psyciśnie i po sprawie.
   - Don już też się za niego wziął i nic, a mówię ci, on wie jak dostać to czego chce. Musimy... ja cały czas jestem na bieżąco, więc będę wiedział kiedy dojdzie do transakcji i będziemy tam ... teraz jest nam potrzebny żywy, chyba nie chcesz...
   - Tak, ale on teras wie, ze coś jest nie tak...
   - Znam parę sztuczek, nic nie będzie pamiętał...
   - Zeby wsystko było jasne, mas siedem dni, potem jest nas...
   - Stoi, tak będzie, ja zawsze dotrzymuję słowa.
   - My tes...
   - Dobra, podjedź na róg Jedenastej i Drugiej. Tam przepakujemy gościa.
   A to dopiero, przepakują mnie - w innym miejscu może by się nawet uśmiechnął. Mateusz gorączkowo zaczął myśleć co może zrobić w takiej sytuacji. Musi oswobodzić ręce, ale żadne wysiłki nie dawały rezultatu. Gdy po wielu wysiłkach udało mu się przełożyć ręce z tył do przodu, pojazd zatrzymał się. Usłyszał odgłos otwieranych i zamykanych drzwi, potem kroki.
   - Bez urazy, ja tym się zajmę - głos na zewnątrz stwierdził stanowczo.
   Mateusz usłyszał ciche pstryknięcie zamka, podciągnął nogi pod brodę i sprężył się cały. No, dawaj, przynajmniej przetrącę cię trochę. Klapa uchyliła się i przez szczelinę wpadł snop oślepiającego światła. Coś zasyczało i poczuł słodko gorzki zapach. Zanim się zorientował, że chcą go uśpić, klapa zaczęła się zamykać. Gwałtownie wyprostował nogi, ale było już za późno, nogi trafiły z łomotem w klapę. Bagażnik był już zamknięty. Usłyszał jeszcze gromki śmiech na zewnątrz, zakręciło mu się w głowie i powoli odpłynął...


   Czekając na kawę, oglądał swoją ołowiano-szarą twarz w lustrze i rozmyślał co powie Agawie. W zasadzie jest bez różnicy co, w tym interesie nie ma miejsca na sentymenty. Prawdopodobnie jest już trupem. Chyba, że odnajdzie droinę i dostarczy ją w terminie.
   - Ciekawe jak, zostały cztery dni, a ja w polu. - mruknął zrezygnowany.
   Pomacał delikatnie potylicę. Tępy ból gdzieś w środku dawał wyraźnie do zrozumienia, że nie jest to dobry moment na ruszanie głową. Jakby na potwierdzenie tej wysoce specjalistycznej diagnozy mrugnęły do niego przekrwione oczy. Na Alkorze przebywał nie pierwszy raz, ale w takim stanie jeszcze go tu nie było.
   Posłodził dostarczoną kawę i powoli poczłapał do fotela. Zasiadł w nim, siorbnął łyk kawy i przypalił papierosa. Nie mógł się przy kawie oprzeć nałogowi. Zaciągnął się głęboko i spowity dymem próbował się zmusić do myślenia.
   Jedyne co mu przychodziło do głowy to tancerka z klubu "Cha-cha". Poznał ją zaraz po występie i zamierzał spędzić z nią noc, lecz niestety nie dotarli do statku. Skutecznie przeszkodziła im w tym banda wyrośniętych łysielców. Nie miał żadnych szans. Jak się mógł domyślać, wrócił za wcześnie i przeszkodził w przeładunku droiny, więc dostał po głowie. Nie zabili tylko dlatego, żeby skorzystać na czasie. On sam raczej nie wiele zdziała w pojedynkę, bo przecież nie pożali się nikomu. Nikt nie uwierzy, a wymówki potraktuje jako nie wywiązywanie się z umowy. Don będzie nadal czekał na towar, a oni będą mieli aż nadto czasu na ukrycie się, a może i na upłynnienie towaru. Koniec końców i tak zginie, tylko kto inny wykona wyrok.
   Swoją drogą ciekawe kto to zrobił, przecież tu nic nie dzieje się bez wiedzy Agawy.
   "Uwierzyłeś w dobre interesy z Donem, no to masz czego chciałeś, a teraz szukaj wiatru w polu. Ani droiny, ani szmalu - krzywo uśmiechnął się do siebie. - A jedyny termin jakiego możesz dotrzymać to termin twojej śmierci."
   Przypalił drugiego papierosa i próbował ułożyć jakiś plan działania. Najpierw musi odnaleźć Donę. Czuł, że ona ma z tą sprawą coś wspólnego i była, przynajmniej na razie, jedynym punktem zaczepienia. Może to brat Dona, Santos, przemknęło mu przez głowę. Podstawił dziewczynę i miał czas na przeładunek. Nie, Santos w życiu nie naraziłby żadnej ze swoich dziewczyn. Ten marzyciel cały czas chodzący z głową w chmurach w momencie wymyślenia czegoś takiego wciągnąłby do spółki pół miasta. Wszyscy i wszystko by wiedzieli. Więc to z jakiegoś powodu Agawa. Tylko, za cholerę, nie mógł znaleźć motywu takiego działania. Mateusz nie mógł sobie wyobrazić aby Don miał jakiekolwiek kłopoty. Rządził niepodzielnie archipelagiem i inni Donowie już dawno się pogodzili z jego wpływami w tym rejonie, a nawet jakby miał wrogów to coś by było słychać. Zawsze coś wiadomo wcześniej. Przez chwilę zastanawiał się nad problemami finansowymi, ale po pierwsze, znając usposobienie Agawy nie wyobrażał sobie, aby ten przepuścił nieopatrznie majątek mogący utrzymać spory system gwiezdny. Po drugie, jeśli miałby jakiekolwiek kłopoty to reszta mu podobnych, jak hieny, rozszarpałaby go na strzępy zanim by zdał sobie na dobre sprawę z tych kłopotów.
   Poczuł się znużony tymi bezowocnymi rozważaniami. Nie czując działania kawy i mając jeszcze parę godzin do występów w "Cha-cha", pozwolił sobie na drzemkę. Nie miewał zazwyczaj koszmarów, ale dziś dziwnie śnił o tym jak siedział w wielkiej ładowni pełnej droiny i nie mógł stamtąd wyjść dopóki nie zużyje całego towaru. Potem przypłynął zakapturzony osobnik w długim płaszczu i ciągle powtarzając: "Czas minął", zaciągnął go i zapakował do bagażnika pojazdu kierowanego przez sepleniącego szofera w długim czarnym płaszczu. Ten go zawiózł do podejrzanej knajpy, gdzie jak go wypchnął z pojazdu, rzucił się na niego tłum przerośniętych łysielców z pałami. Gdy już leżał zmasakrowany i tracący przytomność, podszedł do niego jegomość w szarym garniturze i rogowych okularach. Pozdrowił wysoko podniesioną dłonią i wyciągając jakieś zdjęcie powiedział : "Zabiłeś ją, sukinsynu"...
   Nie mogąc tego dłużej znieść Mateusz przebudził się cały zlany potem. Otrząsnął się z resztek snu, odruchowo namacał broń i zmęczonym krokiem powlókł się do łazienki. Gwiżdżąc coś dziwnego wziął prysznic, ogolił się, ubrał i gotowy do wyjścia stanął przy drzwiach. Przypalił papierosa, jeszcze przez chwilę pomyślał czy czegoś nie przeoczył i nacisnął guzik otwierający wyjście. Drzwi prawie bezszelestnie otworzyły się i mało papieros nie wypadł mu z ust.
   Na zewnątrz stał w szarym garniturze, rogowych okularach i krawacie zawiązanym na nieprasowanej koszuli facet z niedawnego koszmaru.
   - Yhy, tak. Pan Mateusz Firstbook? - raczej stwierdził niż spytał nie speszony.
   Mateusz gapił się jak zaczarowany na nijak pasujący do szarej marynarki krawat.
   - Porucznik Oswald, Federalne Biuro ¦ledcze. Jest pan, aresztowany. Ma pan prawo do adwokata i wszystko co pan powie może być użyte przeciwko panu.
   Mateusz przez chwilę pomyślał o ucieczce, ale sześciu policjantów i wycelowana broń zdecydowanie go zniechęciły. Jeden z funkcjonariuszy podszedł do niego z kajdankami w ręku.
   - Stań twarzą do ściany, nogi w rozkroku, ręce na ścianę.
   "Tego mi brakowało - myślał odwracając się - teraz na pewno nie zdążę na czas i koszmar się sprawdzi. Ale to przecież musi być pomyłka, przecież nic nie zrobił. No, właśnie"
   - Aresztowany, a za co? - rzucił za siebie.
   - Morderstwo z premedytacją.
   Zupełnie zszokowanego Mateusza policjant zaprowadził i wepchnął do radiowozu, który natychmiast odjechał. Porucznik patrzał jeszcze przez chwilę za odjeżdżającym pojazdem, poczym zamknął drzwi.
   - Zabezpieczyć statek i dziękuję panom. Dobra robota. - rzucił w stronę pozostałych policjantów. Zszedł z trapu, zapalił papierosa i przyglądał się jak funkcjonariusze zakładają blokady na wejścia.


   Mateusz był coraz bardziej zaniepokojony. Minęły już trzy dni od aresztowania i nic się nie dzieje, a czasu ma coraz mniej. Coś jest nie tak.
   Na początku wszystko było jak być powinno w takim miejscu. Zaraz po przyjeździe wylądował przed jakimś wysokim grubasem, który zapisał jego dane, kazał zdjąć buty, pasek, wypróżnić kieszenie. Potem to zebrał, po koleji zapisując w grubej księdze, do wielkiej torby, wrzucił na półkę za sobą i wsadził Mateusza do pomieszczenia o trzech ścianach z siatki, a czwartej betonowej i z metalowymi drzwiami po środku. Oprócz ławki przyśrubowanej do podłogi nie było tam żadnych mebli. Po jakichś piętnastu minutach dołączył do niego zarośnięty, dziwnie kaszlący chudzielec, a po następnych dziesięciu trzech agresywnych, krótko strzyżonych (wyraźnie czuł, że nie polubi łysych), wyrostków. Gdy sytuacja robiła się już mocno napięta i Mateusz szykował się na bijatykę drzwi otworzyły się i gromki bas kazał im pojedynczo wychodzić. W długim korytarzu za drzwiami rozdano im marne plastykowe chodaki, po dwa szare koce, ustawiono w szeregu i dwóch rosłych policjantów rozprowadziło ich po celach.
   Jemu trafiła się trzynastka. Nie wiadomo skąd przywędrowało wspomnienie jego babci, która mawiała, że trzynastka przynosi pecha. Pewnie coś w tym jest, bo od tej pory skończyła się, w zasadzie, normalność. No, niby trzy razy na dzień dostawał posiłek, co kilkanaście minut zaglądał do niego klawisz, ale to wszystko. Żadnych przesłuchań, konfrontacji, oskarżeń, adwokatów, czy co tam jeszcze można wymyślić na tą okoliczność. Próbował czegoś dowiedzieć się od klawiszy, ale dzisiaj po obiedzie zaczął podejrzewać, że do tej roboty wybierano głuchych.
   Poza tym, że przestała boleć głowa nie zdarzyło się nic pocieszającego. Czuł się coraz bardziej zrezygnowany. Tylko cud mógł go uratować. Nie ma szans zdążyć w terminie, a Agawa nie będzie się ceregielił. Więzienie nie jest żadną przeszkodą, więc można zrobić rachunek sumienia. Zaraz będzie kolacja, więc dziś już nic się nie zdarzy. Zostanie dzień jutrzejszy, ale w zasadzie się nie liczy, jutro upływa termin dostawy. Dziwnie głośno przełknął ślinę. Szkoda, jeszcze nie jest taki stary.
   Rozejrzał się po celi i zrezygnowany położył się na pryczy. Dobrze przynajmniej, że zostawił instrukcję na taki przypadek dla pani Frani. Była dla niego prawie jak matka, chociaż zajmowała się tylko jego domem. Zawsze wiedziała czego potrzeba, a kiedy lepiej się nie wtrącać. Umiała pocieszyć w chwili zwątpienia, a kiedy nie zgadzała się potrafiła nakrzyczeć, aż czuł się jak mały chuligan przyłapany na tłuczeniu szyb. Nawet, raz czy dwa, upiła się z nim. Co prawda zrugała na drugi dzień, że ją ciągnie na manowce i takie tam, ale bez większego przekonania. Przez chwilę nawet wyobraził ją sobie jak stoi w kuchni, bierze się pod boki i tym swoim dobroduszno-srogim głosem mówi: "A nie mówiłam, że mam złe przeczucia". Co tu dużo gadać - kochana była i tyle. Dobrze, że zabezpieczył jej życie.
   Od dawna liczył się z taką sytuacją. Dzieckiem nie był i zdawał sobie sprawę, że kradzieże, przemyt i styczność ze środowiskiem związanym z narkotykami w większości przypadków kończą się niewyjaśnionymi zaginięciami. Teraz kiedy powziął decyzję, że to będzie ostatni raz, zdarzył się ten niechciany przypadek. Po tej dostawie byłby zabezpieczony na wszelkie okoliczności i mógłby resztę życia spędzić gdzieś w przyjemnym miejscu, robiąc coś co lubi. Na przykład od małego marzył o pisaniu książek. Gdzieś w chacie nad leśnym jeziorem, takiej jaką pamiętał z dzieciństwa, kiedy jeździli w odwiedziny do dziadka. Zamknął oczy i przywołał śpiew ptaków, szum lasu i plusk wody zmąconej skokiem ryby. Wyobraził siebie jak na drewnianym pomoście siedzi na pieńku ze ściętego drzewa i prowizoryczną wędką próbuje łowić ryby. Słońce dopiero wstało, poranna bryza rozwiała lekką mgłę ukazując niebieską taflę wody. Powoli robi się coraz cieplej, z trzcin opodal wypłynęła zaspana kaczka, wzdrygnęła się, wsadziła dziób pod skrzydło i powoli dryfuje grzejąc się na porannym słońcu...


   Obudził go nagły ból w nadgarstkach. Ktoś mu , cisnąc kolanem w kręgosłup, wykręcił ręce i założył kajdanki. Jednocześnie poczuł, że ma zaklejone usta i skrępowane nogi. Zanim zdążył się rozejrzeć wciągnięto mu worek na głowę. Mimo ciemności zorientował się, że napastników było przynajmniej dwóch. Informacja nic nie warta, bo i tak nie mógł nic zrobić.
   "Więc już przyszli po mnie" - przemknęło mu przez głowę. Potem czuł, że jest gdzieś niesiony, podrzucany, w końcu z łomotem wylądował na czymś twardym. Coś trzasnęło nad nim i usłyszał odpalany silnik, pewnie wylądował w bagażniku. Po chwili poczuł, że pojazd się zaczął przemieszczać. Upłynęło dobre dwadzieścia minut zanim się zatrzymał. Po jakimś czasie znowu został wyciągnięty i niesiony. W końcu wylądował na podłodze, trzasnęły drzwi i nastała cisza.
   Mateusz leżał bez ruchu nasłuchując. Po paru minutach zrezygnował i spróbował pozbyć się worka z głowy. Niestety w żaden sposób nie mógł tego uczynić, więc zrezygnował, wyrównał oddech i postanowił poczekać na rozwój wypadków. W ten sposób minęła może godzina i zaczął myśleć, że to jest właśnie wyrok na niego. Pozostawiony gdzieś w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, najpewniej jeszcze zamknięty, skazany został na powolną śmierć z głodu i pragnienia, a kiedy zacznie umierać zjawią się jeszcze szczury i robactwo. Zaniepokoiła go taka ewentualność i gdy minęła następna godzina starał się nie dopuścić do siebie paniki.
   Przy kolejnej próbie oswobodzenia rąk usłyszał jakiś chrobot. Odruchowo nastawił się na odgonienie szczura, ale nie był to gryzoń. Gdzieś zza drzwi lub ściany dobiegły odgłosy kroków, potem jakieś krzyki, szybki tupot nóg. Chwila ciszy i strzał, znowu tupot. Cisza. Okrzyk w nieznanym języku i bezładna kanonada z kilku rodzajów broni. Po paru sekundach - cisza. Gdy już pomyślał, że wszyscy się pozabijali usłyszał kroki, chrobot w zamku i drzwi się otworzyły. Mimowolnie zacisnął powieki, to już koniec.
   Poczuł, że jest podnoszony. Niewidzialne ręce powoli ściągnęły worek z jego głowy. Gdy oczy przywykły do światła zobaczył przed sobą porucznika Oswalda. Zerknął za siebie, rozejrzał się dookoła, byli sami.
   "A to ci dopiero, federalniak mnie uratował od niechybnej śmierci z głodu tylko po to aby mnie skazać za morderstwo" - sytuacja wydała się na tyle komiczna, że nie zdając z tego sprawy, uśmiechnął się.
   Oswald przyglądał się przez chwilę Mateuszowi, jakby coś rozważał w myślach, po czym szybko podszedł i zarzucił go na ramię. Bez wysiłku, zdawało się, ruszył przez drzwi.
   Z tego co można było zauważyć w słabym świetle wyszli na przestronny korytarz zawalony pudłami, skrzyniami i śmieciami wszelakiej maści. Z tej niewygodnej pozycji Mateusz zauważył czyjeś nogi wystające zza dużej drewnianej skrzyni. Zdążył jeszcze spostrzec czarne mokasyny na tych nogach i już byli w drugim poprzecznym korytarzu. Tu kątem oka zobaczył rozprute prawie na pół zwłoki w szarym płaszczu. Obok dopalający się czarny płaszcz,a kawałek dalej zakrwawione zwłoki właściciela okrycia. Przeszli przez następne drzwi i zrobiło się ciemniej, później schodami ze dwa piętra i otwierając z hukiem drzwi znaleźli się na zewnątrz. Otoczyło ich orzeźwiające nocne powietrze, a pod stopami porucznika zachrzęścił żwir. Dotarli do czarnego długiego pojazdu i Mateusz miękko wylądował na siedzeniu pasażera. Oswald bez znaku zmęczenie skoczył za stery i ruszyli.
   Mateusz spoglądał na kierującego w milczeniu porucznika. Niezła kondycja, jak na bladego detektywa. Załatwić negrofrańskiego wojownika niewielu da radę, a do tego jeszcze dwóch nowoborgczyków, też pewnie nieźle wyszkolonych. Od początku coś w nim nie pasowało. Wyglądał inaczej jak się zachowywał. Było coś znajomego w jego ruchach, ale nie mógł skojarzyć ich z niczym, ani z nikim.
   Wjechali do południowej dzielnicy i sądząc po kierunku jazdy nie jechali raczej w kierunku aresztu. A to co znowu. Co ten federalniak znowu knuje. Może on też ma jakieś zlecenie. Tylko czemu, do cholery, wszyscy mają zlecenia na niego. A może jest już przewrażliwiony, w końcu zdjął worek z jego głowy. Tak, ale nie uwolnił rąk ani nóg.
   Pojazd podjechał pod imponującą, wyglądającą znajomo bramę. Kierowca uchylił szybę i spojrzał w kamerę umieszczoną na wysięgniku przed ogrodzeniem. Po chwili wrota zaczęły się otwierać ukazując po drugiej stronie dobrze oświetlony ogromny park. No, tak. Oswald działa na zlecenie Agawy, to jest jego rezydencja. Ale, ale, jakże on może pracować dla Dona skoro zabił Ducha. Nic nie rozumiejąc patrzał jak pojazd podjeżdża pod monumentalne, ozdobione potężnymi kolumnami wejście. Jedno wydawało się pewne, Agawa chce go osobiście załatwić.
   Pojazd zatrzymał się, porucznik wysiadł, przeszedł na jego stronę, bez wysiłku wyciągnął Mateusza i znowu zarzucił sobie na ramię. Lekko wszedł po schodach i przez wysokie drzwi wkroczył do wspaniałego, ogromnego holu. Przystanął na chwilę, rozejrzał się i skierował kroki do komnaty po lewej stronie. Tam podszedł do fotela przy kominku i delikatnie położył w nim swój bagaż. Uśmiechnął się zagadkowo i usiadł w drugim fotelu.


   Mateusz usłyszał szybkie, zdecydowane kroki i pojawił się przed nim Don Agawa w całej okazałości i z szerokim, przyjaźnie zatroskanym uśmiechem na twarzy rzucił.
   - Dlaczego go tak skułeś, Robercie? - w głosie było tyle zatroskania, że można było się nabrać na tą szczerość.
   - To dla bezpieczeństwa, tylko w ten sposób byłem pewny, że nie zrobi nic głupiego.
   - To on nic jeszcze nie wie - wyraźnie zmartwiony Don zbliżył się i prawą dłonią poklepał Mateusza po policzku. - Chwila cierpliwości Mat. - szybkim ruchem pociągnął za taśmę zrywając ją z ust. Popatrzał na skrzywioną w grymasie bólu twarz. - Teraz cię uwolnimy, Mat, ale spokojnie, nic ci nie grozi. Po prostu - spokojnie. Pomyśl, przecież bym cię nie uwalniał jakbym miał złe zamiary. Ok?
   Mateusz spoglądał to na Agawę, to na porucznika. W zasadzie całkiem logiczne, po co miałby uwalniać, jakby chciał zabić.
   - Ok. - mruknął, jednocześnie myśląc dlaczego Don mówił do Oswalda po imieniu. Ten jak na zawołanie wstał i rozkuł, najpierw nogi, później ręce, a kajdanki starannie złożył i schował do kieszeni.
   - Nie poznajesz mnie, co? Mat?- szerokim uśmiechem dawał do zrozumienia, że jednak Mateusz powinien go znać. - Zapomniałeś już o małym Robim, co zawsze i wszędzie chciał z tobą chodzić i nie mogłeś się go pozbyć.
   No tak, teraz dopiero skojarzył podobieństwo ruchów. Mały Robi, co się przyczepił jak rzep do ich paczki i nie mogli się go pozbyć, a był na tyle sprytny i silny, że w końcu został z nimi. Kontakt urwał się jednak dosyć szybko. Wyjechał z rodzicami do innego miasta i w zasadzie widzieli się może ze trzy razy od tamtego czasu, a i to ze dwadzieścia lat temu.
   - Teraz siadaj, mamy ci wiele do wyjaśnienia. Whisky? - Agawa podszedł do barku na kółkach.
   - Poproszę. - bąknął skołowany Mat.
   - A dla mnie burbon - wyraźnie rozbawiony Robert przysiadł w fotelu.
   - I z czego tak się cieszysz? - warknął Mateusz masując nadgarstki.
   - A z tego, że cię widzi całego. - Don podał szklaneczki - Przez chwilę naprawdę się bałem, że się nie uda. Dlatego trafiłeś do więzienia, żeby nie przeszkadzać, znaczy się.
   - Ale wiesz, że droiny to nie będę mógł ci dostarczyć.
   - No pewnie, sam ci ją podebrałem.
   - Ty?- Mat z niedowierzania aż otworzył usta - przecież i tak była dla ciebie. Jeśli chciałeś za darmo, było tylko powiedzieć.
   - Aha, co do zapłaty, to jutro wszystko uregulujemy, a droinę skroiłem przed terminem, bo zbyt dużo było chętnych na nią. Ale od początku. - Don pociągnął łyk trunku i ciągnął - Najpierw Robi, wyobraź sobie on naprawdę jest gliną, ale myślę, że mu wybaczysz; więc to on przypadkiem dowiedział się od pijanego kumpla z roboty, że namierzają dawno temu skradziony transport droiny, co to ma być przez kogoś dostarczony do mnie.
   - Tak czułem, że trzeba z tym skończyć, bo w końcu ktoś mnie namierzy - mruknął Mateusz.
   - O to właśnie chodzi, że to nie policja ciebie wykryła - wtrącił Robert - Ruszyłem parę znajomości i dowiedziałem się, że informacja pochodzi ze źródeł bardzo bliskich Agawie. Skontaktowałem się z Donem i razem, nie włączając nikogo więcej, doszliśmy do wniosku, że jedynym kto mógł skojarzyć fakty był Duch. - przerwał na chwilę i łyknął ze szklaneczki.
   - Idąc tym tropem i używając moich i Robiego znajomości udało nam się ustalić, że Duch dogadał się z nowoborgczykami, którym ze dwa lata temu zginął sześćdziesięciotonowy transport. Biorąc pod uwagę tonaż tej zguby i wagę mojej dostawy, przyznasz, że fakty same się kojarzą.
   - Tak, ale przecież negrofrańczycy nie zdradzają!- Mateusz nie znał takiego przypadku.
   - No, właśnie. Długo nie mogłem znaleźć przyczyny, ale jednak była. Okazało się, że ten skurczybyk nie był czystej krwi. Przebadałem jego DNA, okazało się, że któryś jego przodek zabarłożył z jakąś mutantką. Jakby na dokładkę dowiedział się, że twój ojciec, Mat, załatwił jego ciotkę, czy kogoś takiego. W ten sposób znaleźliśmy motyw i przyczynek. Nie do uwierzenia taka zbieżność, a jednak.
   - Tak więc nowoborgczycy w zamian za droinę, dawali pomoc przy złapaniu ciebie, a Duch w zamian za pomoc co do ciebie, umożliwiał odzyskanie zguby. Twój staruszek mawiał: "Ręka rękę myje".
   Mateusz popijając whisky spoglądał na rozradowane twarze starych kumpli.
   - No dobra, ale jak wszystko było wiadomo, to po co mnie było tak męczyć.
   - Głównie chodziło o to aby ich zebrać w kupie w ukrytym miejscu i to takim gdzie można ich było na sto procent unieszkodliwić. W tej chwili tylko my trzej wiemy co się stało. Poza tym nie na wszystkie działania Ducha, czy nowoborgczyków mieliśmy bezpośredni wpływ, ale obawiam się, że jak dowiesz się wszystkiego, to dopiero zaczniesz pomstować - teatralnie cwanie uśmiechnął się Robi.
   - To znaczy? - znał ich na tyle, że zaczął się obawiać.
   - A co pamiętasz, hę? Co masz na myśli mówiąc: "męczyć"? - Agawa wstał i wziąwszy butelkę z barku, dolał wszystkim, a flaszkę zostawił na podłodze w pobliżu.
   - No, wiesz, to, że posiedziałem w więzieniu, to mogę przyjąć za mały urlop, ale później, sam rozumiesz...
   Kumple jednocześnie roześmieli się serdecznie.
   - No co? Mówcie w końcu!
   - Nawet nie wiesz jak się cieszymy, że jesteś z nami - poważnym tonem rzekł Robert.
   - No, gadać, psubraty! - Mateusz już był pewien, że to co on pamiętał było tylko małą częścią tej historii.
   Agawa i Robert spojrzeli po sobie.
   - Dobra. No, to posłuchaj...

KONIEC

TJK, Longmeadow 13 stycznia 2006