Zaloguj   |  Zarejestruj

Z ŻYCIA KOŚCIOŁA 9

.

Pacholęciem będąc, bawiłem się z rówieśnikami w złodziei i milicjantów, a czasem w doktora albo w księdza.

Ta ostatnia zabawa polegała na naśladowaniu podpatrzonych ruchów i wypowiadaniu niezrozumiałych zaklęć imitujących obowiązującą w liturgii łacinę. Gdy podrosłem, zaklęcia te stały się bardziej wyrafinowane – należało tak wypowiadać polski tekst, by sprawiał wrażenie łaciny. Na przykład zdanie: „idę, nos trę, kret ma ryja, ominę ten tor, bo tu lis ma norę” interpretowało się następująco: „Idenostre, kret Maryja, ominetentor botulis manore”. Gdy przystąpiłem do ministrantów, otrzymałem książeczkę, w której na stronach po lewej wydrukowane były w oryginalnej łacinie teksty mszalne w rozbiciu na kapłana i ministranta, zaś po prawej … te same teksty, tyle że w zapisie fonetycznym. Ale co one znaczyły, dalej wiadomym nie było. Szczęśliwie miałem dużo starsze rodzeństwo przynależące do duszpasterstwa akademickiego, w którym prowadzono intensywną pracę przedsoborową. Polegała ona m.in. na świadomym uczestnictwie w liturgii poprzez recytowanie tekstów mszalnych (po uprzednim zapoznaniu z ich tłumaczeniem) przez całe zgromadzenie wiernych, nie zaś, jak to było w powszechnym zwyczaju, odklepywaniu ich na wyścigi w duecie ksiądz – ministranci. Toteż, gdy w 1965 roku Sobór Watykański II wprowadził do liturgii mszalnej język narodowy, moje środowisko religijne przeżywało radość, że teraz wszyscy będą mogli świadomie uczestniczyć we Mszy św. (co dzisiaj wydaje się być oczywistą oczywistością). Natomiast kilka lat później zdarzyło mi się doznać radości w sytuacji jakby odwrotnej. Otóż w Warszawie, w domowej kaplicy oo. Jezuitów sprawowane były co niedzielę Msze św. dla pracowników różnych ambasad i innych obcokrajowców, w których zdarzało mi się uczestniczyć. Modliliśmy się wówczas wspólnie ..po łacinie. To wówczas dotarł do mnie sens słów św. Pawła: „A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich [jest] Chrystus” (Kol.3,11). Zrozumiałem, że wspólnota uczniów Jezusa ma charakter ogólnoludzki i ponadnarodowy, czyli powszechny, (z łacińska nazywany katolickim).

A jeszcze trochę potem świat się przewrócił do góry nogami – nastał Jan Paweł II, który kochał ludzi i którego ludzie pokochali. Najróżniejsi – Grecy i Żydzi, murzyni, Japończycy i długo by jeszcze wymieniać. Natomiast dzisiaj ze zdumieniem dowiaduję się, że z nauki JP II wyprowadzono „teologię narodu polskiego”. Dokonał tego, dziś już emerytowany, profesor KUL, ks. Czesław Bartnik. Nie mogąc zrozumieć, jak z papieskiego przesłania powszechnego braterstwa można wyprowadzić ideę ksenofobicznego patriotyzmu, zacząłem szukać, co na to inni teologowie.

Otóż ks. Bartnik tworząc koncepcję teologii narodu wychodzi z założenia, że podobnie jak Izraelici w Starym Testamencie, każdy naród – w tym polski - jest wybrany przez Boga i można odnieść do niego to, co Pismo Święte mówi o Żydach. Zdaniem ks. Grzegorza Strzelczyka, teologa z Uniwersytetu Śląskiego, jest to założenie nieuprawnione. W artykule „Kłopot z teologią narodu” zarzuca on ks. Bartnikowi m.in. „odwrócenie symboli”, czyli odczytywanie objawienia w świetle wymyślonej przez siebie teologii, zamiast interpretowania rzeczywistości w świetle objawienia. Ks. Strzelczyk wskazuje także na poważne niebezpieczeństwo: „Jeśli naród zaczniemy opisywać jako podmiot świadomości i woli (hipostazę), to za chwilę pojawi się pytanie o to, skąd wiadomo, czego naród chce?” I dalej przestrzega: „Nie da się bowiem zrealizować żadnego projektu w myśl woli narodu inaczej, jak tylko przez odwołanie się do intuicji jakiejś konkretnej osoby lub osób. Może to być prorok (w wersji religijnej) lub przywódca (w wersji politycznej). Albo przywódca, który jest jednocześnie prorokiem”. W tym miejscu można zauważyć – pamiętając dokonania ks. Międlara - że prorok już się objawił, tyle że miał ciut słabe umocowanie polityczne. Jakie będą dalsze zastosowania praktyczne teologi narodu?

Wprawdzie ks. Abp Henryk Muszyński, prymas senior mówi „czym innym jest umiłowanie ojczyzny, które przyznaje wszystkim te same prawa i szanuje każda odrębność, a czym innym fałszywy nacjonalizm promujący prawa jednych, których odmawia innym”. Wprawdzie ks. prof. Andrzej Szostek – wychowanek Karola Wojtyły, do 2008 r. rektor KUL, obecnie szef Katedry Etyki mówi „Boję się pochopnych uogólnień, ale mam wrażenie, że niebezpiecznie modny stał się dziś prymitywny populizm, przesycony nie miłością, ale gniewem, wrogością i pogardą wobec tych, którym odmawia się bycia Polakami w imię prymitywnego rozumienia dumy narodowej”. A wcześniej zaznacza „Rozmawiamy na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, któremu przyświeca hasło „Deo et patriae” .Otóż to. Bogu i ojczyźnie. W takiej właśnie kolejności”. Wprawdzie Karol Wojtyła, współtwórca katolickiego personalizmu nauczał, iż drogą Kościoła jest jednostka, a nie naród. Wprawdzie! Jednakże wielu biskupom, a w ślad za nimi wielu księżom, którzy „mówią Bartnikiem”, podoba się idea Polski katolickiej. „Nie wiem jak wielu – mówi o. Józef Puciłowski, historyk – ale niektórym na pewno. Odpowiada im hasło „Polak-katolik” które samo w sobie zawiera już obronę przed „nie-Polakami” i przed „nie-katolikami”. Jest proste, jasne, niewymagające myślenia, od razu można pokazać, kto jest wrogiem a kto nie. Uważam, że to bardzo niemądre, bardzo niebezpieczne i bardzo nie w duchu nie tylko Franciszka, ale także encykliki „Caritas in veritate” Benedykta XVI”. Mniej finezyjnie, ale za to bardzo zdecydowanie wypowiedział się o nacjonalizmie prymas, abp. Wojciech Polak „Aprobata dla tego typu myślenia nie tylko jest niewłaściwa, ale wręcz heretycka – tak nie może być. To odciąga od tego, co jest istotą chrześcijaństwa”. O. Puciłowski ujął powyższą myśl bardziej zwięźle:„Nacjonalizm jest groźny dla Kościoła, bo jest prokościelny i anty-Chrystusowy”.

Opracował Wojciech Więckowski

Dodaj komentarz